poniedziałek, 11 lipca 2016

Jennifer L. Armentrout - Obsesja - recenzja książki + wracam do blogowania

Kochani, Przpraszam!
Z przerażeniem zerknęłam na datę przy ostatnim dodanym przeze mnie (przed aż czterema miesiącami) poście, z jeszcze większym spoglądam na poziom mojego czytelnictwa w tym okresie. Nie czytałam...pewnie powinnam żałować i trochę tak jest, ale nie do końca, bo w tym czasie zajmowałam się innymi pasjami i przyznaję, że to nie jest wytłumaczenie dla mojego lenistwa (nie boję się przyznać, po prostu zrobiłam się leniwa), bo wiem, że znalazłabym czas na czytanie, ale zwyczajnie nie miałam na to ochoty, ani na blogowanie. Może i to głupie, ale tak po prostu było i nie widzę żadnego sensu w okłamywaniu kogokolwiek w tej kwestii, nie żyłam w ostatnim czasie książkami, miałam trochę więcej życia niż to bywało u mnie wcześniej, sporo się u mnie zmieniło gdy poszłam na studiach. Ale życie bywa przewrotne, a ostatnio jakoś mnie rozpieszczało i w tym momencie poczułam właśnie potrzebę kontaktu z literaturą. Kiedy w końcu po kilku miesiącach udało mi się w coś wkręcić przypomniałam sobie dlaczego zawsze kochałam czytać i jak bardzo mi tego brakowało. Przyznaję się zaniedbałam tę część życia, która kiedyś była dla mnie taka ważna, ale teraz wracam...wracam też na bloga i od razu mam dla Was kombo,, bo wlecą dwie recenzje. Pierwszą mam dla Was już teraz, kolejna będzie na dniach. 
 Jak zwykle moja paplanina jest trochę przy długa...pewnie już odwykliście od tego, ze muszę strzelić solidny internetowy monolog zupełnie niezwiązany z recenzją zanim przejdę do rzeczy. Dawno nie pisałam nie dłuższego, więc ostrzegam, że tekst może być dość chaotyczny, ale musze od nowa wdrożyć się w to wszystko. A teraz recenzja (pewnie i tak od razu przejdziecie do recenzji pomijając ten bełkot, który ją poprzedza)... DO RZECZY, proszę Państwa...WRACAM DO GRY! 

Po zapoznaiu się z dwoma pierwszymi tomami serii Lux, które wyszły spod pióra pani Armentrout, stwierdziłam, że mimo iż jeszcze nie przeczytałam całości: jest to jedna z moich ulubionych serii. Styl pisania autorki kupił mnie totalnie, więc zaopatrzyłam się w książkę Obsesja umieszczoną właściwie w tym samym uniwersum z tym, że do czynienia mamy nie z Luksjanami, a ich przeciwnikami: Arumianami. Właściwie nie miałam żadnego obrazu tej powieści wcześniej: nie czytałam recenzji, ocen, czy opinii, zabrałam się za nią w ciemno: "Bo to przecież Armentrout" i powiedzieć, że jestem książką rozczarowana to dość mocny eufemizm, ale po kolei:

Serena nie uwierzyła przyjaciółce, gdy ta sprzedała jej historię o tym, że syn senatora nie jest człowiekiem (nie oszukujmy się, nic dziwnego, że jej nie uwierzyła). Później Serena jest świadkiem śmierci przyjaciółki z rąk kosmity (o ironio jej później też nikt nie wierzy). Dziewczyna lekko mówiąc utknęła w niezłym bagnie. 
Hunter z kolei jest Arumianinem, który pracuje dla Departamentu Obrony (przez pracę rozumiemy tu zabójstwa, nie robienie kawy oficerom). Mężczyzna dostaje zadanie, które polegać ma na chronieniu Sereny (i wydobyciu z niej informacji) i wtedy zaczyna się zabawa...

Uwielbiam styl pisania autorki: jest lekki i przyjemny, a jej książki czyta się naprawdę szybko i są świetną rozrywką i to się tutaj nie zmieniło, dialogi bywają na bardzo fajnym, wysokim poziomie...ale no właśnie: BYWAJĄ, nie "SĄ". 

Czytając Obsesję odniosłam wrażenie, że Pani Armetrout dawno nie zaruchała, bo ta książka to nawet nie jest softporn...to regularne porno z fabułą dopisaną między erekcjami Huntera, scenami seksu, scenami w których bohaterowie zmierzają do seksu, a podniecaniem się z byle powodu przy każdej możliwej okazji. 
Nie jestem w żadnym wypadku przeciwniczką scen erotycznych w książkach, wręcz przeciwnie bardzo je lubię, ale tutaj jest tego za dużo. Na tego typu sytuacje powinno się czekać i wtedy one sprawiają czytelnikowi jakąś przyjemność (o ile są napisane z jakimś "smakiem", tutaj niestety tak nie jest). Sceny naładowane erotyzmem powinny stanowić jakąś rozsądną część powieści, które wplatają się gdzieś w fabułę, ale tu mamy w sumie bez żadnego ostrzeżenia książkę w której sceny erotyczne, które czasami są zwyczajnie niesmaczne przerywane są od czasu do czasu jakąś namiastką fabuły.
Można wnieść do książki pełną napięcia seksualnego, zmysłową aurę, nie używając słowa "erekcja" na co drugiej stronie. 
 Hunter jest jakimś maniakiem seksualnym, czasem podchodzącym wręcz pod psychopatę. Główna bohaterka też co chwilę jest podniecona, przy czym wszystko to napisane jest w taki sposób, że mam wrażenie jakbym czytała napisane przez sfrustrowanych użytkowników internetu opowiadania erootyczne, a nie książkę jakby nie patrzeć autorki, która odniosła jakiś tam sukces w świecie literatury paranormalnej. 

Gdyby nie fakt, że cały ten wyciekający z każdej strony ksiażki zbędny erotyzm, książka miałaby niezły potencjał, ale mnie to zwyczajnie raziło, bo przy kolejnej scenie między naszymi bohaterami ja miałam już zwyczajnie dość. Zazwyczaj narzekam na niedobór tych bardziej gorących scen w książkach, ale tutaj dostałam w mordę tak gargantuiczną ilością niesmacznych treści, że chyba już nigdy nie będę narzekać na zbyt małą ich ilość, jednak "Co za dużo to nie zdrowo" i tutaj w stu procentach się z tym zgadzam.

Ciężko w sumie skupić się na czymkolwiek innym, kiedy 90% książki stanowi erotyka ciężko jest pisać o bohaterach, fabule czy czymkolwiek... Bohaterowie, poza tym, że są wiecznie napaleni nie reprezentują sobą w sumie nic wyjątkowego, ciekawego czy niezwykłego, a ich życie wewnętrzne w większości przypadków ogranicza sie do "O, Ku*** jak On/Ona mnie podniecał/a". Czy polecam? Zostawiam to Waszej interpretacji.





wtorek, 2 lutego 2016

Zaliczyć wszystkie "Testy" Joelle Charbonneau

Są książki o których istnieniu wiem, nim zdecyduję się na zakup, a jakaś promocja przyspiesza tylko ten nieunikniony proces. O dziele pani Charbonneau usłyszałam już dość dawno temu i zamierzałam kiedyś zabrać się za jej trylogię: biedronka wyszła mi na przeciw i przed kilkoma dniami nabyłam Testy tańsze o 30 złotych od ceny okładkowej: nic tylko brać (a poszłam tylko po wodę i ryż). Jako, że idzie sesja, stwierdziłam, że warto coś poczytać i zdecydowałam się na Testy, czy był to słuszny wybór? - Biorąc pod uwagę zbliżające się nieuchronnie egzaminy pewnie nie, ale nawet pomijając te aspekty: mogłam trafić na lepszy pochłaniacz czasu.

Książka jest mówiąc najogólniej poprawna.

Osiemnaście Kolonii stworzonych po nuklearnej apokalipsie Seven Stage War to rzeczywistość, w której młodzi ludzie przechodzą testy, aby trafić na elitarny uniwersytet. Kształci on naukowo-polityczną elitę społeczeństwa. Stawką w zmaganiach jest życie lub śmierć.

Kiedy książka pokazuje ludzi w ich najbardziej prawdziwej i najbardziej prymitywnej formie żądnych władzy buraków istnieją duże szanse, ze okaże się dobra, tutaj autorka w prawdzie nie wykorzystała do końca potencjału, ale ogólnie książka przestawia się nie najgorzej. 
 Autorzy nie od dzisiaj wysyłają "Bogu Ducha winnych" bohaterów żyjących w post-apokaliptycznych (antyutopijnych) światach na jakieś dziwne, chore rozgrywki (zazwyczaj są to te z rodzaju "na śmierć i życie"). Wspominałam już niejednokrotnie, że mnie w żadnym stopniu nie przeszkadza to, że powstają powieści wykorzystujące podobne motywy, ale moim zdaniem pani Charbonneau nie wniosła niczego spektakularnego do tego dystopicznego świata. Może ta tematyka zwyczajnie nie jest mnie już w stanie zaskoczyć, a może po prostu to autorka nie była w stanie tego dokonać. 

Wojna zniszczyła świat, ludzie utworzyli kolonie i starają się odbudować cywilizacje (a właściwie to chyba wcale nie chcą, a jakiś tam prowizoryczny rząd chce zwyczajnie manipulować nieświadomymi ludźmi - czyli taka prawie na faktach książeczka, nie?) Teraz aby dostać się na prestiżowy uniwersytet należy zostać wybranym a następnie wziąć udział w TESTACH
Cia, główna bohaterka powieści zamieszkuje z rodziną kolonię z której od dawna nikt nie został wybrany do udziału w testach. Dziewczyna bardzo chce studiować na uniwersytecie, dlatego jest szczęśliwa gdy dowiaduje się, że jej ciężka praca nie poszła na marne: ona i trzy inne osoby z jej kolonii zakwalifikowały się do testów. Radość dziewczyny zostaje jednak zachwiana przez ojca, który niegdyś sam ukończył uniwersytet, przed wyjazdem mężczyzna ostrzega ją aby nie ufała nikomu, czym tak naprawdę są testy i jak poradzi sobie Cia?

Cia i jej przyjaciele jadą więc zmierzyć się z testami, co jest oczywiście świetnym momentem wplecenia wątku miłosnego,który jak dobrze wiemy jest niezbędny w tego typu powieściach. Otóż jednym z wybranych uczniów jest Tomas i tu muszę przyznać słuszne porównanie do Igrzysk..., bo Tomasa tak samo jak Peety nie znosiłam od samiusieńkiego początku. W ogóle w tym momencie rozprawię się za jednym zamachem ze sprawą postaci, bo na dzień dobry dostałam w mordę tak jałowymi postaciami z jakimi nie spotkałam się już od jakiegoś czasu i nie powiem żebym szczególnie za nimi tęskniła. Większość postaci jest nijaka i to na tyle, że teraz: dobry tydzień po przeczytaniu książki nie pamiętam nawet ich imion, oczywiście były i całkiem niezłe postaci...ale drugoplanowe, bo główni bohaterowie to dla mnie taka dość mocna porażka. 

Za dość ciekawe można by uznać same testy, bo to faktycznie jest coś interesującego i szukając w książce jakiegoś głębszego przekazu warto skupić się właśnie a tym: nieludzkie testy ujawniają w uczestnikach cechy o które być może sami by się nie podejrzewali. Można uznać za naprawdę kawał dobrej roboty pokazanie tego, że ludzie nie wiedzą o sobie wszystkiego...że drzemią w nas pewne zwierzęce wręcz instynkty, a kiedy chodzi o przetrwanie: niektórzy są w stanie zrobić naprawdę wiele. Testy pokazuję tę straszną prawdę, nad którą wielu z nas na co dzień raczej się zastanawia, ale to niestety tylko część składowa całości powieści...

Nie powiem: książka wciąga. Były momenty, kiedy naprawdę nie byłam w stanie odłożyć książki choćby na chwilę, a jednak z drugiej strony zupełny kontrast, kiedy to człowiek zastanawiam się: kiedy to się wreszcie skończy? W ogólnym rozrachunku książka wypada przeciętnie: z jednej strony pokazuje ciekawe sprawy nad którymi warto się chwilę zatrzymać, z drugiej słabe postaci, momentami dość rozwlekła, nudna akcja. Książkę czyta się całkiem fajnie, ale nic poza tym: nie ma zaskoczenia, nie ma wielkiego WOW, jest po prostu książka, którą można przeczytać, ale po której kontynuacje wcale nie mam ochoty sięgnąć. Jak to napisałam na początku książka jest "poprawna" są rzeczy, które się podobają, ale są też takie do których musiałam się przyczepić, ot: kolejne odhaczone z listy czytadło.



 

czwartek, 21 stycznia 2016

Romeo i Julia (klasyka z przymróżeniem oka: trochę jak streszczenie)

Czas powiedzieć sobie prawdę: Romeo i Julia to najsłabsze ze wszystkich znanych mi dzieł Williama Sheakspeare'a (czy jak wolicie Szekspira) - nie zaprotestowaliście kiedy zaproponowałam pisanie postów nie tylko o nowościach czytelniczych, więc teraz znowu jesteście skazani na bluźniercze herezje mojego autorstwa. 
 Pragnę od razu zaznaczyć, że uwielbiam Szekspira i o ile nie rozumiem idei czytania dramatów (które moim zdaniem powinno się oglądać na scenie, a nie czytać: nie oszukujmy się: to jest scenariusz i o ile nie jesteście aktorem, który za chwilę wyjdzie na scenę odegrać Otella to niewielką zabawą jest czytanie utworów dramatycznych) o tyle dzieła autora całkiem szczerze uwielbiam i mam na moim czytelniczym koncie kilka z nich, ba: planuję mieć wszystkie, a jedną z moich życiowych aspiracji jest obejrzenie ich na scenie, najchętniej w oryginale (to by było coś). 
 W tym roku przypada okrągła rocznica śmierci autora co śmiało wzbudzić we mnie promyk nadziei na więcej Szekspira na deskach teatrów...i po obejrzeniu (dość przeciętnej) filmowej wersji Makbeta być może na jakieś ciekawe ekranizacje (i chociaż w zapowiedziach cicho, ja nadal mam nadzieję) i tutaj zbliżamy się do pełnego napięcia zwrotu akcji kiedy to zdałam sobie sprawę z przykrego faktu, że Romeo i Julia to jeden z najczęściej odgrzewanych dramatów Szekspira (no, bo jest jeszcze Hamlet). Zarówno na scenie jak i na ekranach kin te dwa dramaty goszczą najczęściej. Zostawmy jednak Hamleta, bo to akurat historia dosyć ciekawe i zastanówmy się przez chwilę nad fenomenem tego wątpliwego love story.
 Możliwe, że się czepiam i lubię sobie ponarzekać, ale do mnie ta historia nie trafia i osobiście nie mogę pogodzić się z tym, że wśród tylu niesamowitych dzieł Szekspira akurat ten stały się szczególnie "popularny". O ile większość dramatów pana Williama faktycznie ma "jakiś tam" przekaz i "czegoś tam" w mniejszym lub większym stopniu może nas nauczyć o tyle w tym (notabene jednym z najbardziej znanych) ja nie znalazłam tego co podobno powinnam.

Romeo i Julia w wielkim skrócie przedstawia się mniej więcej jakoś tak: Młodzieniec imieniem Romeo idzie na bal, na którym poznaje Julię pochodzącą z rodu zwaśnionego z rodziną bohatera. Naszą parkę trochę zbytnio ponosi melanż, zakochują się w sobie, ale jako, że ich rodziny się nie lubią muszą wziąć potajemny ślub, zaciukać kilku kozaków, którzy stają im na drodze, aby finalnie umrzeć przez dość niefortunne porozumienie (prosto mówiąc oboje popełnili samobójstwo). Moglibyście pomyśleć sobie "o co jej chodzi?: w sumie dość dramatyczna, smutna historia o miłości" Może i byłabym w stanie zgodzić się z pięknem całej sytuacji gdyby nie dwie drobne sprawy: 1. Akcja toczy się przez 5 dni: tak, w pięć dni poznają się, zakochują w sobie, biorą cichy ślub, zostają rozdzieleni, obmyślają ciekawy plan i popełniają samobójstwo, po drodze robiąc jeszcze kilka mądrych rzeczy dla urozmaicenia akcji. 2. Ciekawe jest samo samobójstwo naszych bohaterów: Romeo odnajduje Julię, która kolokwialnie rzecz ujmując po zażyciu jakichś podejrzanych substancji, kompletnie spizgana wygląda na martwą, więc nasz bohater: jak na rozsądnego posiadacza tylko jednej półkuli przystało stwierdził, że życie bez ukochanej to w sumie trochę bez sensu i zdecydował się na śmierć przez niedo*banie mózgowe, a jako, że głupota sama w sobie raczej mimo wszystko nie zabija, Romeo musiał sobie trochę pomóc trucizną. No i to byłby pewnie piękny koniec gdyby nie fakt, że narkotyki przestały działać i Julia odzyskuje świadomość, a tu Romeo kopnął w kalendarz. Jako, że nasi bohaterowie świetnie się dopasowali pod kątem poziomu rozwoju intelektualnego: Julia, jako, że miała już 14 lat stwierdziła chyba, że w sumie to 'Już po ptakach, nie ma opcji, nie zarucha, nie ma już po co żyć' i świetną zabawą będzie przebicie się sztyletem.  

Proszę, nie próbujcie mi wmówić, że to taka piękna historia o wiecznej miłości, bo tak nie jest...nie podważam tu takich pięknych idei jak miłość od pierwszego wejrzenia, bo chodzi mi tu o coś zgoła innego: rozumiem: zwaśnione rody, wielka miłość etc. ale nie oszukujmy się najrówniej to nasza parka pod kopułą nie miała. Chyba, że dramat miał na celu zachęcanie rozchwianych emocjonalnie ludzi do popełniania samobójstw po drobnych niepowodzeniach miłosnych. Zdaję sobie sprawę, ze w czasach kiedy akcja książki miała miejsce to zatarg między rodzinami zakochanych faktycznie mógł stanowić ogromny problem, ale takie jego rozwiązanie (niezależnie od czasów) to głupota, zwłaszcza biorąc pod uwagę irracjonalną "długość" trwania akcji. 

Rozumiem oczywiście, że są na pewno osoby, którym ta historia faktycznie wydaje się super i naprawdę to szanuję, bo doskonale wiem, że nie wszyscy myślą takimi kategoriami jak ja. Mimo to spójrzmy na tę historię pod kątem logiki zachowań bohaterów, czy nawet samej akcji...moim zdaniem ten akurat dramat nie zasłużył na swoją popularność, zwłaszcza jeśli miałabym go ustawić na tle innych dzieł Szekspira jakie było mi dane poznać.

Z mojej strony to już chyba wszystko na temat Romea i Julii wątek Williama Szekspira na pewno jeszcze się na blogu pojawi (najpewniej w okolicach wspomnianej rocznicy), planuję też napisać o moich ulubionych dziełach autora. Niebawem możecie liczyć również na recenzję, której pisanie idzie dość opornie, w czym nie pomaga mi zbliżająca się sesja, ale na dniach powinnam skończyć i kiedy tylko tak się stanie notka się pojawi. Jeśli chcielibyście przeczytać recenzje z elementami streszczenia jak ta powyżej to jestem elastyczna na propozycje (chociaż w takich recenzjach w grę wchodzą tylko klasyki, czy też lektury szkolne, okrutnie byłoby tak spoilerować nowościami) 


  
Do zobaczenia niebawem, pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia, nocy, weekendu, tygodnia (niepotrzebne skreślić)

czwartek, 14 stycznia 2016

Możesz łamać kulturowe konwenanse! (O krytyce słów kilka)

Witajcie! 
Od jakiegoś czasu moją głowę zaprzątają pewne przemyślenia natury kulturowej. Chodzi mi o sprawę związaną nie koniecznie tylko z literaturą, bo dotyczy ona także muzyki i zapewne również innych dziedzin sztuki, którymi jednak nie interesuję się w tak dużym stopniu by się na ich temat wypowiadać (nie wyznaję zasady "nie wiem, to się wypowiem"). Zjawiskiem (chyba tak to można nazwać), które w pewnym stopniu mnie irytuje jest fakt istnienia w naszej kulturze pewnych "świętości", o których nie można powiedzieć złego słowa nie narażając się na falę nienawiści zmierzającej w naszą stronę. 

Są w literaturze (i muzyce) takie utwory, które po prostu MUSZĄ Ci się podobać. Nie oszukujmy się: nie wszystko co nosi wygodną metkę klasyki, legendy, ważnego elementu dziedzictwa kulturowego narodu etc. musi Ci odpowiadać, a jednak jakaś mniejsza lub większa część otoczenia, ba: całego społeczeństwa próbuje wmówić mi, że ta książka/ten utwór/zespół jest super, tylko ja jestem zbyt głupia żeby to zrozumieć. "Najwidoczniej nie jesteś wystarczająco dojrzała żeby zrozumieć przesłanie/treść". Z tym, że: można rozumiejąc przesłanie utworu nadal uważać go za gówno (sorry). Osobiście nie uważam się za debila tylko dla tego, że dzieła Mickiewicza działają na mnie jak podwójna dawka Xanaxu. Nie uważam też tego za powód do wstydu. Napotkałam kiedyś w internecie dość gorącą dyskusję pod streszczeniem Pana Tadeusza (Tak, zgadza się nie przeczytałam Pana Tadzia i nie jest mi z tego powodu jakoś szczególnie źle, dodam od siebie, że już samo streszczenie wywołało u mnie chęć mordu). NIKT mi nie wmówi, że znajomość jakiejś książki/poematu/epopei, traktującej o życiu szlachty w tysiąc osiemset którymś roku czyni ze mnie lepszego człowieka, tak samo jak jej nie znajomość nie czyni ze mnie debila. Wracając jednak do wspomnianej dyskusji przedstawiała się ona mniej więcej właśnie tak, że jedna osoba skrytykowała (dość konstruktywnie) to dzieło i została tak zmieszana z błotem przez wszystkich tych MĄDRYCH i INTELIGENTNYCH, że zaczęłam się zastanawiać kiedy słowo BUC stało się synonimem mądrości, czy inteligencji (to jednak chyba obszerny temat na inną notkę, więc dajcie znać co sądzicie o częstszych tego typu postach). -Oczywiście żeby nie było, że wsiadłam na biednego Mickiewicza, to nie przepadam za większością wybitnych polskich twórców. Z resztą: nie zawężajmy tego tylko do literatury rodzimej, bo jest wiele klasyków, które mnie się nie podobają (zasypiam też przy Tolkienie i Romeo i  Julii chociaż Szekspir jest jednym z moich ulubionych twórców). 

 Rozumiem oczywiście, że nawet jeśli mnie te utwory nie podchodzą, to mogę się one podobać innym i szanuję to. Zmierzam jednak do tego, że nie powinniśmy "bać się" mówienia źle o czymś tylko dlatego, że ktoś kiedyś uznał, że to jest tak wybitne i ponadczasowe, że musi podobać się każdemu kto jest oczywiście na tyle mądry żeby ten utwór docenić. Osobiście uważam, że to gówno-prawda: znaczy owszem, zgodzę się z tym, że nie każdy utwór jest przeznaczony dla każdego, ale umówmy się: nie każdy jest pasjonatem czytania o tym jak szlachcice jedzą obiad, albo gromada dość niskich typków lata po świecie z pierścionkiem, który wypadałoby zniszczyć.Przepraszam Was, że posługuję się tak niewielką ilością przykładów (i tak wjechałam na biednego Tadzia, ale to akurat dla mnie najlepszy przykład) Wiem, że ta notka może się wydawać trochę atakiem na klasykę, ale nie ma tego na celu, bo jest też wiele utworów, które uważam za naprawdę dobre i wywarły na mnie ogromne wrażenie [żeby nie być gołosłowną powołam się tu na przykład na Fausta (dzięki,któremu miałam wysoki wynik na rozszerzonej maturze: dziękuje panie Goethe), czy choćby Boską Komedię, lub twórczość niektórych polskich poetów], chodzi mi po prostu o to, że w naszej kulturze funkcjonuje zasada(?), że nie mówi się, źle o pewnych utworach, ja uważam, że krytyka nie może być ograniczana w ten sposób. Nie jest przecież tak, że biegasz po ulicy i krzyczysz do każdej napotkanej osoby, że nie podobała Ci się jakaś książka, ale w sytuacji gdy przychodzi do rozmowy na temat literatury/kinematografii/muzyki, czy czegokolwiek i ktoś Cię pyta o zdanie to nie uważam za powód do wstydu to, że coś nie trafiło w Twój gust. Poruszyłam ten temat, bo naprawdę są ludzie, którzy potrafią zgnoić kogoś za jego szczerą opinię. Mówi się, że są utwory, których się nie rusza, nie ocenia (bo z założenia są takie niesamowite?), ja jestem zdania, że utwór nie ważne czy jest współczesny, czy też przyklejono mu łatkę ponadczasowej klasyki nadal pozostaje utworem, który na dobrą sprawę każdy może sobie odbierać i interpretować w taki sposób w jaki chce. To, że utwór jest 'stary' nie czyni z niego nietykalnego. Ja na blogu zajmuję się głównie nowościami (książkami napisanymi po 2000 roku), bo wiem, że o tym najchętniej czytają moi odbiorcy, nie recenzuję tutaj dzieł 'wiekowych', bo niezbyt często je czytam, a jeśli już to zazwyczaj jest to poezja, którą raczej ciężko "zrecenzować". Umówmy się: znaczna część dawnych utworów jest napisana tak nieprzystępnym językiem, że ja osobiście nie czuję przyjemności z czytania ich, a tym właśnie powinno być spotkanie ze sztuką: przyjemnością. 
 Jeśli ktoś Wam mówi, że MUSICIE coś przeczytać, to wiedzcie, że nie musicie: nigdy nie czytałam niczego wbrew sobie: jeśli zaczęłam i po jakimś czasie miałam ochotę gryźć okładki z frustracji: przestawałam czytać i nigdy nie bałam się do tego przyznać. Jeśli czytanie jakiegoś wątpliwego dzieła jest dla Ciebie torturą to przestań, z czytania powinniśmy czerpać radość. I nie musisz też przytakiwać, jakie to cudownie nie jest ów dzieło, jeśli Twoim zdaniem wcale takie nie jest. Krytyka dzieła jest dla mnie ważna niemal tak jak samo dzieło i jeśli coś oceniasz kieruj się tylko i wyłącznie swoimi odczuciami, a nie tym co wypada, bądź nie wypada powiedzieć. Nie podoba mi się narzucanie ludziom w jaki sposób mają odbierać sztukę, literaturę, muzykę. W przypadku nowych utworów nie występuje to zbyt często, ale właśnie gdy przekraczamy granice wieku, czy dwóch od razu bardziej musimy uważać na to co mówimy o utworach, żeby przypadkiem nie urazić 'pamięci' o twórcy...to, że Pan Mickiewicz nie żyje nie oznacza, ze jego twórczość musi mi się podobać. Czasami wydaje mi się jakby większość ludzi uważała, że kiedy krytykuje się utwór(zwłaszcza kiedy twórcy nie ma już wśród nas), to tak jakby obrażać jego autora, co nie jest prawdą (ba: jest zwyczajnie niedorzeczne)

Jeśli tego typu notka przypadła Wam do gustu i chcecie więcej takich "rozważań", to dajcie znać, możecie też podać co Was szczególnie boli, zastanawia, dręczy, być może napiszę na ten temat. Pozdrawiam serdecznie, miłego dnia (; 

środa, 13 stycznia 2016

Złodzieje snów - Maggie Stiefvater (Kontynuacja książki Król Kruków) recenzja

Witajcie kochani, zbliża się sesja, więc przychodzę do Was z recenzją drugiej części Króla Kruków.

O Królu Kruków pisałam dość dawno temu, było to na początku mojej przygody z blogowaniem, kiedy moje recenzje(opinie?) były jeszcze strasznie króciutkie (Nie żeby teraz były jakieś specjalnie długie.) Oczywiście jak zawsze w przypadku serii odsyłam Was do poprzedniej opinii -> TUTAJ  a teraz zajmijmy się Złodziejami snów, książką, która podbiła moje serce od pierwszej strony i na chwilę obecną jest moją ulubioną powieścią. 

Chyba jeszcze nigdy w całej mojej karierze czytelniczej nie zdarzyło mi się aby po przeczytaniu dwóch pierwszych części jakiejś serii mogła z czystym sumieniem stwierdzić, że nie znalazłam w nich ani jednej wady. Aż tu nagle przychodzi pani Stiefvater ze swoim Królem Kruków, który jest genialny, a później w moje ręce wpada jeszcze lepsza druga część: Złodzieje Snów, aż strach pomyśleć co przyniesie planowana już na luty polska premiera trzeciej części. 

 W powieści Złodzieje snów opisane zostały dalsze losy trójki przyjaciół z elitarnej szkoły dla chłopców - Ganseya, Adama i Ronana - oraz pochodzącej z rodziny wróżek Blue. Teraz, kiedy linie mocy wokół Cabeswater zostały obudzone, życie bohaterów zmieni się nie do poznania. Nikt nie spodziewa się wyzwań, które mają nadejść... Ronan Lynch coraz głębiej wchodzi w świat snów. Ma pewien sekret, który ukrywa przed innymi, a czasem nawet przed samym sobą. Posiada szczególny dar - potrafi kraść przedmioty ze snów. Jednak nie jest jedyną osobą, która ich pragnie...

Po pierwszym spotkaniu z historią przedstawioną przez Maggie Stiefvater stwierdziłam, że nigdy nie miałam styczności z tak genialnie wykreowanymi postaciami (później stwierdziłam to jeszcze kilkukrotnie przy innych powieściach, ale ciii). Teraz kiedy powróciłam do stworzonego przez autorkę świata, utwierdziłam się tylko w tym przekonaniu. Czytałam Drżenie tejże autorki, które niezbyt przypadło mi do gustu, a postaci były w nim do bólu jałowe i pamiętam, jak zastanawiałam się jak to możliwe, że ta sama autorka stworzyła tak niesamowicie barwne indywidua z jakimi mamy do czynienia w serii o Blue i jej przyjaciołach. Mam wrażenie, że tutaj postaci są nam przybliżone jeszcze lepiej i dowiadujemy się o nich jeszcze więcej i to jest niesamowite. Z wyjątkiem Adama (którego nie znoszę) uwielbiam wszystkie postaci w tej książce i uważam, ze są stworzone po prostu po mistrzowsku, wielowymiarowe (i nie straciły na tej wielowymiarowości również w Złodziejach snów)

W książce dzieje się dość dużo. Ba, dzieje się naprawdę bardzo dużo, ale nie na tyle by czytelnik mógł się pogubić. W tej części dowiadujemy się więcej o naszych bohaterach, szczególnie Ronanie Lynchu, ale nie tylko i nie jest tak, że autorka skupia się tylko na ów sekrecie Ronana, który w sumie już nie jest później aż tak bardzo sekretny. Osobiście uważam kilka "scen" za zbędne, ale większość wydarzeń jest naprawdę bardzo ciekawa.

Poza tym: Styl, którym powieść została napisana jest niesamowity. Jestem naprawdę pod wrażeniem lekkości z jaką książka została napisana. Dialogi są niesamowite, pełne humoru, tak samo jak narracja. Jeśli robiłabym ranking książek o najlepszym według mnie stylu pisania, niewątpliwie ta pozycja zajęłaby w nim wysokie miejsce. Książkę czytało się tak szybko i za razem tak przyjemnie, że po zakończeniu od razu pomyślałam: "Kurde, co ja teraz zrobię z życiem, kiedy jeszcze nie ma kolejnej części?!"

Nasi bohaterowie nadal szukają legendarnego Króla Kruków i są bliżej niż kiedykolwiek, ale droga do sukcesu nie jest łatwa. Ciągle dowiadują się czegoś nowego o sobie, o świecie magii, odkrywają coraz to nowe tajemnice...i nagle, książka się kończy, a czytelnik zastanawia się kiedy to się stało? Już? Tak szybko? I zadaje sobie pytanie: co będzie dalej? Ja to pytanie będę sobie zadawać póki nie sięgnę po kolejną część, co zamierzam zrobić od razu kiedy się pojawi. Teraz czekałam grzecznie aż zbliży się premiera trzeciej części, tym razem nie będę taka cierpliwa i sięgnę po Wiedźmę z lustra od razu. 



czwartek, 31 grudnia 2015

Mam już dwa latka. Drugie urodziny bloga. Nowy rok. Zapowiedź konkursu. Wyzwania na 2016

Witajcie moi drodzy!

Czas upływa nieubłaganie szybko. Wydaje mi się jakby myśl: 'kurcze, a gdyby tak zacząć pisać bloga?!' przyszła do mnie zaledwie wczoraj. Kalendarz jednak sprowadza mnie na ziemię, bo jesteśmy razem już dwa lata i już od dwóch lat kaleczę język polski w internecie, a Wy mimo wielu przerw i mojej często małej aktywności tutaj, nadal ze mną jesteście (chociaż już trochę miej licznie, to nadal 52 osoby bloga obserwują, niektórzy komentują i piszą bardzo miłe słowa). Mimo, że te dwa lata były jakie były, dość mało czytelnicze, to nie przejmuję się tym, bo przed nami kolejny rok.
Jestem dość leniwą osobą, ale wciągu ostatniego roku sporo się u mnie zmieniło i stwierdziłam ostatnio: "Dziewczyno, starczy! Zacznij się w końcu rozwijać!" i takie właśnie mam plany na zbliżający się rok...i na kolejne które nastąpią po nim. W tym roku zawaliłam wyzwanie '52 książki' i skończyło się u mnie na zaledwie trochę ponad 30u, ale myślę, że to nic, bo to nadal więcej niż 0, czyż nie? W 2016 znowu spróbuję podjąć to wyzwanie...może tym razem nie zawalę i nauczę się rozkładać czas równomiernie między wszystkie moje zainteresowania nie zaniedbując żadnego z nich.
Dzisiaj chciałabym podziękować Wam wszystkim za to, że tu czasami zaglądacie, że czytanie moje wypociny i sprawiacie, że mam ochotę dalej działać. Każdy komentarz wywołuje na mojej twarzy uśmiech, bo wiem, że nie robię tego całkowicie bez sensu i być może ktoś dzięki mnie przeczyta jakaś książkę, która być może w jakiś sposób go uszczęśliwi, tak jak mnie uszczęśliwiają dobre książki. Kocham literaturę i chociaż często zaniedbuję tę pasję, to ta miłość pozostaje. Dziękuję Wam za zrozumienie mojej częstej nieobecności i jednocześnie jest mi trochę głupio, że jest tak a nie inaczej. Może jestem trochę za mało ambitna i często się 'opierdzielam', ale bardzo chciałabym to w sobie zmienić i właśnie nad tym zamierzam pracować w Nowym Roku.



 Rok 2015 zbliża się ku końcowi, nie będę tu robiła jakiegoś nudnego podsumowania, bo tak naprawdę na tle wielu ludzi wypadam dość słabo. Z okazji urodzin bloga zamierzam zorganizować dla Was konkurs, przewiduję go jednak dopiero na połowę stycznia. Jeden 'szybki' konkurs na instagramie niedawno się odbył. Ten będzie już tylko na blogu i będzie bardziej wymagający i 'twórczy'.



 Dziś Sylwester, jutro Będziemy już mieli Nowy Rok, więc przyszła pora na życzenia!
Życzę Wam wszystkim tego aby zbliżający się rok okazał się dla Was dobrym rokiem, żebyście przeżywali jak najwięcej szczęśliwych chwil i gromadzili jak najwięcej dobrych wspomnień. Życie podobno jest krótkie, więc wykorzystajmy je jak najlepiej. Spełniajcie swoje marzenia, pokonujcie przeszkody i przełamujcie własne ograniczenia. No i oczywiście udanego Sylwestra. Ja nie go nie celebruję w jakiś szczególny sposób, zostaję w domu z rodziną, ale to mój ulubiony sposób na 'świętowanie Sylwestra' więc Wam też życzę abyście spędzili ten czas tak jak lubicie. Do zobaczenia w 2016! 


środa, 23 grudnia 2015

Wesołych Świąt! (Merry Christmas?)


Kochani! (Tak miło chyba jeszcze nigdy nie zaczynaliśmy) 

 Po dość bogatym w recenzje listopadzie, grudzień upłynął mi pod znakiem oglądania anime, więc blog po raz kolejny podupadł (chyba powinnam była jakoś podzielić te recenzje zamiast wrzucać wszystkie na raz). Mam wielką nadzieję, że do końca roku pojawi się tutaj jeszcze chociaż jedna recenzja. Już dziś mogę Wam jednak zdradzić, że już niebawem pojawi się na blogu mała niespodzianka, także oczekujcie. Tym czasem dzisiaj przychodzę do Was z postem stricte świątecznym, bo w końcu: jutro Wigilia!
 

Nie wiem jak tam u Was, ale u mnie śniegu nie ma nad czym bardzo ubolewam...(gdybym nie upiekła dzisiaj trzech ciast pewnie w ogóle nie zauważyłabym, że to już prawie święta.)

W tym przedświątecznym szaleństwie nie mam zbyt wiele czasu na pisanie tutaj, więc już się streszczam!

 Z okazji (zbliżających się?) Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam przede wszystkim spokoju, miłości i ciepłej rodzinnej atmosfery. Mam nadzieję, że Wasze święta będą miłe i będziecie je długo wspominali. A skoro blog teoretycznie o książkach, to życzę Wam również książek pod choinką, a może i jakiegoś spokojnego świątecznego czytania jeśli taki sposób spędzenia chociaż 'kawałka' świąt preferujecie. Wszystkiego dobrego, kochani!