czwartek, 31 lipca 2014

25. "Pandemonium" Lauren Oliver - Recenzja

Prawa fizyki uczą nas, że każdy system zmierza stopniowo w stronę chaosu (...)

 miłość
 wolność
 poświęcenie

Minęło pół roku odkąd wkroczyłam po raz pierwszy do zbudowanego przez Lauren Oliver świata Delirium. Pół roku minęło również odkąd Lena pozostawiła w tyle swoje dawne, pozbawione miłości życie. Co działo się od czasu kiedy opuściła Portland możemy się dowiedzieć sięgając po Pandemonium. 

Czy można pokochać największego wroga?
Lena żyje w świecie, w którym [miłość] uznano za niebezpieczną chorobę, a ludzie poddawani są zabiegowi, po którym już nigdy nie będą mogli kochać. Tuż przed operacją dziewczyna zakochuje się w Aleksie. Ich wspólna ucieczka kończy się tragicznie... Wśród dymu i płomieni Lena widzi twarz ukochanego po raz ostatni.
Z utraconej [miłości] i bólu rodzi sie nowa Lena Morgan Jones - członkini ruchu oporu. Podejmuje się najbardziej niebezpiecznej misji. Na jej drodze staje tajemniczy Julian.
  
O ile pierwsza część trylogii budziła we mnie mieszane uczucia, o tyle tom drugi niewątpliwie mogę zaliczyć do udanych powieści. W książce dzieje się więcej niż w części poprzedniej i akcja trzyma czytelnika w napięciu już od początku, autorka stopniowo coraz bardziej je zwiększa (napięcie), wplata po drodze kilka nudnawych momentów (ale o wiele mniej niż w Delirium) aby powalić na łopatki zakończeniem, które wprost krzyczy "CO BĘDZIE DALEJ?!"
W Pandemonium dowiadujemy się więcej na temat ludzi, którzy sprzeciwiają się obecnemu systemowi. Poznajemy nowe, ciekawie wykreowane postaci. Zmienia się również sama Lena, która w tej części jest o wiele bardziej wyrazistą postacią nie budzącą u mnie większych zastrzeżeń. Ciekawą postacią jest również Julian, trochę zagubiony i jakże inny od Alexa. Nowe postaci zdecydowanie się autorce "udały". 

Różnice i podobieństwa między "Odmieńcami", a wyleczonymi zostały ukazane w bardzo ciekawy sposób i tutaj książka, tak jak i poprzednia część skłania czytelnika do zastanowienia się nad pewnymi sprawami, co uważam w tej serii za duży plus. Znowu mamy tę piękną miłość znaną z Delirium, która u mnie wywoływała mimowolny uśmiech na twarzy.

Ogólnie rzecz biorąc, na tle Delirium kontynuacja wypada o wiele lepiej. Więcej akcji, lepiej dopracowane postaci, ciekawie zaprezentowane kontrasty i analogie sprawiają, że pierwsza część wypada blado. Po przeczytani obu wydaje mi się, że powinnam obniżyć wystawioną niegdyś ocenę części pierwszej, jednak pozostawię to tak jak było. Póki co serię polecam (zobaczymy co będzie po przeczytaniu ostatniego tomu). Może nie jest to najlepsza seria, ale jest w porządku, a drugi tom na prawdę trzyma niezły poziom. 




Być może już zauważyliście pewną (dość dużą) zmianę w wyglądzie mojego bloga, jak i samych postów. Piszcie jak Wam się podoba. No i oczywiście co ważniejsze zachęcam do dyskusji na temat ocenianej książki.

niedziela, 27 lipca 2014

MOVIEbookTALK! W Pierścieniu Ognia - DOUBLE REVIEW

Witajcie!
(Rozpędziłam się w końcu z czytaniem i teraz mknę jak burza.) Dzisiaj mam dla Was pewną nowość, ale ten post będzie również wyjątkowy z innych powodów. Zapraszam ->

MOVIEbookTALK będzie niczym innym jak zbiorową recenzją książki i jej ekranizacji. Zdecydowałam się na to kiedy wczoraj przeczytałam W pierścieniu ognia Suzanne Collins. Książka jest drugą częścią trylogii The Hunger Games, w ubiegłym roku została zekranizowana, a dziś ja robię dla Was DOUBLE REVIEW. Na pewno wielu z Was czytało już całą trylogię i oglądało film ja do tego grona nie należę (jeśli chodzi o przeczytanie całości). Tutaj chciałabym od razu wyjaśnić dlaczego ta recenzja/opinia będzie dla mnie tak niezwykła. Muszę Wam wyznać, że jeszcze nigdy nie czytałam kontynuacji trylogii czy kwartetu (sagi?) książek nie ważne jak bardzo pierwsza część mi się podobała. (Pomijam Pretty Little Liars (5 tomów) i Jutro (2 tomy), bo są to dłuższe serie- z reszta nie podobały mi się zbytnio) Nie wiem co mną kierowało bardziej, brak kasy, czy obawa, że kontynuacja nie sprosta moim wymaganiom. Teraz jednak postanowiłam to zmienić i wczoraj sięgnęłam po drugą część trylogii. Od razu po skończeniu obejrzałam ekranizacje.  Dlaczego i co z tego wynikło? Zaraz się przekonacie. Zapraszam ->

Jak wspomniałam pierwszy raz sięgam po kontynuację przy trylogii, bo obawiałam się rozczarowania. Igrzyska czytałam dość dawno (jeszcze przed pojawieniem się ekranizacji) i wtedy książka mnie oczarowała. Teraz w końcu zdecydowałam się kontynuować serię, bo liczyłam na coś na prawdę ekstra...przeliczyłam się.

 Nie wiem, czy wcześniej czytając część pierwszą tego nie zauważyłam, czy może po prostu w W Pierścieniu Ognia bohaterowie po prostu stali się tak bardzo irytujący(?) Od początku czytania główna bohaterka działała mi na nerwy i większość jej wewnętrznych przeżyć również otwierało mi nóż w kieszeni. Momentami miałam wrażenie, że czytam tani romans. Podobnie w sumie z postacią Peety, który w książce wydaje się być jak te tzw. "ciepłe kluchy". Na dobrą sprawę moimi "ulubionymi bohaterami" tej części są Finnick, Haymitch i Gale, którzy ani razu nie wyprowadzili mnie z równowagi, za co bardzo autorce dziękuję.
Na dobrą sprawę z trzech części na które powieść została podzielona jedynie trzecia jest na prawdę dobra i trzyma poziom. Pierwsza stanowi dla mnie coś w rodzaju parodii krypotoromansu i nic ciekawego się tam właściwie nie dzieje może poza paroma wyjątkowymi 'scenami' podobnie w części drugiej, która jednak jest już ciekawsza, ale też nie od początku. Niektóre sceny i zachowania w książce są dla mnie irracjonalne (jak np. to co się wydarzyło po ogłoszeniu 'niespodzianki' kolejnych igrzysk). Sama książka napisana poprawnie, ale nie wciąga tak jak pierwsza część, która zmusiła mnie do zarwania nocy. Dla mnie jest zdecydowanie o wiele słabsza i moim zdaniem nie utrzymuje poziomu, który reprezentowały Igrzyska. Ogólnie całej książce brakowało akcji (przez pierwsze dwie partie nie dzieje się prawie nic ciekawego)
Od razu kiedy skończyłam zabrałam się za film, chociaż obiecałam sobie, że nigdy go nie obejrzę po tym jak zmasakrowała mnie pierwsza część. Zmieniłam zdanie, kiedy okazało się, że książka nie jest tak dobra jak się spodziewałam. Film został oczywiście jak to zwykle bywa okrojony z wielu ważnych elementów, które wystąpiły w książce, ale na jej tle wypada zaskakująco dobrze. Oczywiście główna bohaterka jest tu jeszcze bardziej irytująca (może ze względu na moją niechęć do aktorki) za to Peeta wypada w filmie o wiele lepiej niż w książce i jestem nawet skłonna polubić jego filmową wersję. Moja sympatia do postaci przedstawionych w książce w sumie przelewa się na ekranizację, bo tak samo pozostają to Gale, Finnick i Haymitch, których role zostały odegrane pozytywnie. Możemy w filmie odnaleźć trochę ciekawych efektów i raczej utrzymaną na dobrym poziomie grę aktorską (poza Katniss). Pierwsza część filmu była dla mnie dnem (mimo takiego zachwytu nad nią i wielką komerchą wszechobecnych jego reklam) tutaj jest już według mnie lepiej.
Reasumując: Książka nie utrzymała dla mnie poziomu pierwszej części (mimo, że ocena na LC przekracza 8) i na dobrą sprawę mi się nie podobała, bo nie mogę przecież ocenić tylko trzeciej partii i fragmentów drugiej, które na prawdę mi się podobały i utrzymywały mnie przy czytaniu. Co do filmu przedstawiony poziom jest o wiele wyższy niż w pierwszej części i w sumie nie mogę zbyt wiele ponarzekać, nie był dobry, ale nie była to też totalna porażka.

Dzisiaj ocenę przedstawię w trochę inny sposób niż zazwyczaj. Ze względu na to, że jest to druga część serii ocena będzie zawierała Ocenę pierwszego tomu/pierwszej części filmu oraz Ocenę opisanych powyżej części. (ten sposób oceny będzie stały dla serii) a teraz przejdę do rzeczy, bo i tak już się nieźle rozpisałam.

książka:
  ocena: Igrzyska Śmierci: 10/10 --> W pierścieniu ognia: 5/10
film:
  ocena: Igrzyska Śmierci: 1/10 -->  W pierścieniu ognia: 5/10

Raczej nie oglądam ekranizacji, ale jeśli pomysł na taki post Wam się spodobał, to piszcie, a z pewnością MOVIEbookTALK jeszcze się na blogu pojawi.

sobota, 26 lipca 2014

HOT! Robert Galbraith, Sally Green i Patrick Ness WIELKIE zapowiedzi (UPDATE 27.07)

Witam! Witam! Witam!
Dzisiaj recenzji nie będzie. Będzie za to kolejne HOT (już drugie w tym miesiącu). Posty HOT raczej nie będą częstym elementem na blogu, ale myślę, że będą się pojawiały (bo jest jeszcze wiele książek na których wydanie w Polsce czekam). Dwa tygodnie temu zachwycałam się nad zapowiedzią Mary Dyer, która do księgarni trafi z tego co się orientuję we wrześniu (i tu dochodzimy do najważniejszego) We wrześniu również na Polskie półki trafi kolejna część przygód Cormorana Strike'a autorstwa Roberta Galbraitha - Jedwabnik (J.K Rowlling).
Wołanie Kukułki stało się jedną z moich ulubionych książek dlatego z niecierpliwością czekam na 24 września, kiedy to powieść będzie miała swoją premierę.

"Tym razem Strike zajmie się sprawą Owena Quine’a, zaginionego pisarza. Okazuje się, że mężczyzna dopiero co zakończył prace nad rękopisem, który mógłby zaszkodzić bardzo wielu osobom…"
Może być ciekawie i liczę, że tak właśnie będzie, bo po przeczytaniu pierwszej części liczę na coś EXTRA. Mam nadzieję, że się nie zawiodę.

Nim jednak nadejdzie wrzesień czeka nas jeszcze jedna WIELKA (dla mnie) premiera. Już w przyszłym miesiącu na półkach pojawi się powieść Patrick'a Ness'a
The Knife of Never Letting Go czyli Na ostrzu noża. Trylogia autora jest tak powszechnie wychalona na Amerykańskim Booktubie, że  już od dawna czekałam, aż pojawi się i u nas (zaczynałam nawet wątpić). Słyszałam już tak wiele dobrego o tej pozycji, że czekam z niecierpliwością. Polecana przez moich ulubionych BTuberów bardzo mnie ciekawi. 6 sierpnia (chyba) będzie więc datą jeszcze bardziej wyczekiwaną. Niestety nie będzie mnie wtedy w Polsce i niestety nie będę mogła od razu kupić tej książki nad czym ubolewam, bo to jedna z nie wielu na które na prawdę bardzo czekałam.
Tood Hewitt jest jedynym chłopcem w osadzie pełnej mężczyzn. Odkąd osadnicy zostali zarażeni Szumem, Todd słyszy wszystko, co mężczyźni myślą, a oni słyszą wszystko, co myśli on.
Za miesiąc Todd ma stać się mężczyzną, ale wśród otaczającej go kakofonii orientuje się, że miszkańcy osady coś przed nim ukrywa – coś tak strasznego, że Todd zmuszony jest uciec wraz ze swoim psem, którego prosty, lojalny głos również słyszy.
Ścigani przez wrogo nastawionych osadników, natrafiają na dziwną, milczącą istotę: dziewczynę. Kim ona jest? Dlaczego nie została zabita przez chorobę, tak jak wszystkie inne kobiety w Nowym Świecie?
Chropowata narracja Todda wciąga czytelników w zapierającą dech podróż, w toku której chłopiec stojący u progu dorosłości musi się oduczyć wszystkiego, co zna, aby pojąć, kim naprawdę jest.

Miałam zrobić nowe HOT, gdyż wczoraj zapomniałam o jednej pozycji (a może raczej o tym, że wychodzi tak niedługo), ale ostatecznie robię to jako UP w tym poście. Trzymajcie się, albowiem nadchodzi HALF BAD! od Sally Green. O tej książce również było dość głośno na moim kochanym amerykańskim booktubie, dlatego czekałam od dawna na choćby wzmianki o wydaniu w Polsce no i jakiś czas temu usłyszałam te wzmianki. Od tamtej pory odkładam pieniądze, bo wszystkie 3 książki muszą trafić na moją półkę jako nowe i najlepiej zaraz po premierze.
Cieszy mnie niezmiernie niezmienienie okładki (zbytnio).Wola przetrwania, która pokonuje wszelkie przeciwności.
Współczesny świat, w którym obok ludzi żyją wiedźmy – dobre białe oraz złe czarne. Piętnastoletni Nathan jest mieszańcem obu zwaśnionych, ściganym i wyalienowanym, lecz zdecydowanym przetrwać za wszelką cenę. Pierwsza część trylogii, która zostanie przetłumaczona w kilkudziesięciu językach. (Opis nie mówi zbyt wiele, ale słyszałam wiele dobrych opinii o tej pozycji, więc: MUST)





Miał może ktoś z Was okazję czytać którąś z nich w Oryginale? A może Was też te książki interesują? Piszcie, komentujcie. Pozdrawiam serdecznie. (: 

źródła opisów: paranormalbooks.pl i publicat.pl oraz sklep.gwfoksal.pl

piątek, 25 lipca 2014

24. "Drżenie" Maggie Stiefvater - Recenzja

Witajcie!
Po przełamaniu mojej czytelniczej niemocy w końcu nabrałam rozpędu i połknęłam kolejną książkę. Jestem niezwykle zadowolona z takiego biegu wydarzeń. Nie pozostaje mi więc nic innego jak podzielić się z Wami moimi wrażeniami o ostatnio przeczytanej pozycji.

Wokół letni upał (nienawidzę lata nie przepadam za latem), a ja siedzę i czytam bardzo zimową, choć za razem bardzo ciepłą powieść autorstwa Maggie Stiefvater. Drżenie jest pierwszą częścią Tryogii z Mercy Falls.

Okładka mówi nam:
"Zapada zmierzch, robi się coraz zimniej, chłopak staje się wilkiem, a ona...?
Współczesna opowieść o wilkołakach? Tak! A w niej miłość, przyjaźń, wielka samotność, okrucieństwo, poświęcenie i ból.
Kiedy zapada zmierzch i robi się coraz zimniej, niektórzy ludzie stają się wilkami. Grace odkrywa, że musi walczyć o wilkołaka Sama, którego pokochała. Zagrażają mu myśliwi i mróz, który może sprawić, że Sam nigdy nie odzyska ludzkiej postaci"


 Nie miałam wcześniej okazji do czytania o zmiennokształtnych i nie ciągnęło mnie w sumie do tej tematyki. Tę trylogię widziałam u wielu zagranicznych booktoberów (którzy są moją inspiracją przy poszukiwaniu nowych książek), widziałam też kilka pozytywnych opinii, dlatego gdy nadarzyła się okazja zdobycia książki na LC (nie pamiętam czy była to wymiana, czy zakup) postanowiłam skorzystać. 

Pierwsze co zwróciło moją uwagę to sposób przedstawienia wilkołaków inny od znanych mi dotychczas z filmów. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale nie ma to dla mnie wielkiego znaczenia, choć dla tej powieści jest ważne.

W sumie sama nie wiem co myśleć. Książka mnie wciągnęła i w sumie prawie całą przeczytałam w jeden dzień (na dzisiaj zostało mi 50 stron), ale cały czas podczas czytania czegoś było mi w niej brak. Miłość głównych bohaterów jest dla mnie dość nietypowa i nie mogłam się w pełni wczuć w to wszystko. Powieść jest napisana bardzo dobrze(to moje drugie spotkanie za autorką), pomysł bardzo ciekawy, ale cały czas czegoś mi po prostu brakowało. Jakby ta miłość i te uczucia były trochę sztuczne, ale może to tylko moje odczucie. 

Przypadła mi do gustu narracja pierwszoosobowa przedstawiająca czytelnikowi akcję z perspektywy dwóch osób, jest to bardzo fajny zabieg i autorce udało się dobrze nim posłużyć. (Kiedyś czytałam jakąś książkę z narracją dwóch osób, ale tam było to nieudane)

Postaci wykreowane przeciętnie. Nie jestem jestem rozczarowana, ale nie zachwycił mnie również sposób ich przedstawienia. W porównianiu z Królem Kruków tu kreacja wypada bardzo blado. Ani narratorzy, ani inne postaci nie są wyraziste. Nie mniej jednak nadal pozytywnie oceniam ten aspekt.

Generalnie po przeczytaniu czuję lekki niedosyt. Mam wrażenie, że autorka nie do końca wykorzystała swoje możliwość. Z drugiej strony książkę czytało się szybko i przyjemnie. Nie znalazłam w niej żadnych rażących mnie wad. Książka jest dobra, ale jak dla mnie trochę niedopracowana.

ocena:7/10

czwartek, 24 lipca 2014

23. "Miasto Kości" Cassandra Clare - Recenzja

Witajcie!
Czuję, że w końcu udało mi się przełamać moją czytelniczą niemoc i wrócę do świata moli książkowych ze zdwojoną siłą. Wystarczyło do tego przeczytanie jednej książki, ale o tym zaraz...
Jak zapewne wiecie już od jakiegoś czasu zmagałam się z brakiem chęci do czytania, co nie bardzo mi się podobało ale przynajmniej przez jakiś czas nie nadwyrężałam budżetu, ale jakoś nic nie mogłam na to poradzić. Wczoraj jednak postanowiłam w końcu sięgnąć po jakąś książkę i w końcu bariera została przełamana. Mowa tu o pierwszej części "Darów Anioła" Cassandry Clare - Miasto Kości. Nie wiem czy wspominałam, ale do tej serii przybierałam się od 2010 roku (proszę bez komentarza na temat tego, który rok mamy aktualnie). I tak przez cztery lata zawsze znajdowało się coś co stawało mi na drodze i nawet ukazanie się filmu nie specjalnie dało mi przyspieszenie. (W sumie się cieszę, bo oryginalna wersja okładkowa wydana w Polsce dopiero s 2013 bardziej mi się podoba od pierwotnej. Odkładałam zakup pierwszej części jak widzicie dość długo, ale w przy spontanicznym wejściu do księgarni w tegoroczne wakacje w końcu kupiłam Miasto Kości.
 Może dosyć tej historii życia...Przejdę do mojej opinii.

 
Strona wydawnictwa rzecze nam o książce: Tysiące lat temu, Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn i stworzył rasę Nephilim, pół ludzi, pół aniołów. Mieszańcy człowieka i anioła przebywają wśród nas, ukryci, ale wciąż obecni, są naszą niewidzialną ochroną. Nazywają ich Nocnymi Łowcami. Nocni Łowcy przestrzegają praw ustanowionych w Szarej Księdze, nadanych im przez Razjela.
Ich zadaniem jest chronić nasz świat przed pasożytami, zwanymi demonami, które podróżują między światami, niszcząc wszystko na swej drodze. Ich zadaniem jest również utrzymanie pokoju między walczącymi mieszkańcami podziemnego świata, krzyżówkami człowieka i demona, znanymi jako wilkołaki, wampiry, czarodzieje i wróżki. W swoich obowiązkach są wspomagani przez tajemniczych Cichych Braci. Cisi Bracia mają zaszyte oczy i usta i rządzą Miastem Kości, nekropolią znajdującą się pod ulicami Manhattanu, w której leżą zmarli Łowcy. Cisi Bracia prowadzą archiwa wszystkich Łowców Cieni, jacy kiedykolwiek żyli. Strzegą również trzech boskich przedmiotów, które anioł Razjel powierzył swoim dzieciom. Jednym z nich jest Miecz. Drugim Lustro. Trzecim Kielich.
Od tysięcy lat Cisi Bracia strzegli boskich przedmiotów. I było tak aż do Powstania, wojny domowej, pod przywództwem zbuntowanego Łowcy, Valentine’a, który niemal na zawsze zniszczył tajemny świat Łowców. I mimo że od śmierci Valentine’a minęło wiele lat, rany, jakie zostawił, nigdy się nie zabliźniły. Od Powstania minęło piętnaście lat. Jest upalny sierpień w tętniącym życiem Nowym Jorku. W podziemnym świecie szerzy się wieść, że Valentine powrócił na czele armii wyklętych. A Kielich zaginął…

  
Ta książka była GENIALNA (aż do zakończenia, które zbiło mnie z tropu). Autorka posługuje się naprawdę niesamowitym humorem. Książka niemal cały czas bawi i między innymi to mnie w niej urzekło. Bardzo często śmiałam się czytając Miasto Kości a to jedna z rzeczy, które są dla mnie istotne w tego typu książkach.
Książkę czytało mi się bardzo lekko i szybko. Pierwszy raz od bardzo dawna zarwałam noc żeby przeczytać książkę do końca (a zaczęłam ją dopiero wczoraj) a to w sumie nigdy nie zdarzało mi się zbyt często (były chyba tylko 3 takie książki)
Autorka wciąga czytelnika do świata, o którym pisze i ja osobiście czytając Miasto Kości  czułam się jakbym sama tam była i przeżywała to wszystko razem z bohaterami. Jest to dla mnie wielki plus, kiedy autor potrafi "wciągnąć" mnie w swoją książkę, a to Cassandrze Clare świetnie się udało i jestem z tego bardzo zadowolona, bo w pokładałam w niej bardzo wielkie nadzieje. Z dumą muszę przyznać, że moje oczekiwania zostały spełnione. 
Innym bardzo ważnym dla mnie elementem są w książce postaci i tutaj również jestem usatysfakcjonowana... Autorka stworzyła ciekawe, barwne postaci, ośmieliłabym się nawet powiedzieć, że wielowymiarowe (ale bez przesady). Oczywiście Jace'a od razu "pokochałam", jestem bowiem wielką fanką tego typu postaci: sarkastyczny, a przy tym zabawny to jest właśnie świetnie połączenie, które zazwyczaj sprawia, że dana postać męska jest dla mnie ciekawa. Reszta postaci wykreowana również bez zarzutu, chociaż nie zostało im poświęcone aż tyle czasu. Clary nie zdążyła mnie zirytować, jak zazwyczaj dzieje się to z kobiecymi postaciami, ale słyszałam, że to się jeszcze zmieni.
Sama historia jest fajnie zrobiona, wszystko jest dobrze zrobione, chociaż końcówka jest trochę zagmatwana i mam przeczucie, że seria "zaplącze" się jeszcze bardziej, to widzę, że autorka miała dobry pomysł i rozwinęła go poprawnie. Ciekawe jak będzie dalej?!
Rzadko sięgam po kontynuacje (chyba nigdy nie zdarzyło mi się przeczytanie całej serii, a nawet drugiej części, gdyż zawsze obawiam się rozczarowania, kiedy pierwsza część mi się spodoba) w tym jednak przypadku jestem tak zaciekawiona rozwojem wydarzeń, że kiedy tylko będę w księgarni kupię kolejną część. 
ocena:10/10 (a niech mnie, przeczytałam ją na jednym wdechu, nie zważając na niedociągnięcia 10)
Opis książki pochodzi ze strony mag.com.pl

czwartek, 10 lipca 2014

HOT! Zapowiedź The Unbecoming of Mara Dyer (tajemnica) od Michelle Hodkin

Welcome!
Today is the day! Dzień w którym mam zaszczyt zapowiedzieć Wam książkę na której ukazanie się w Polsce czekam od dawna i moim wielkim pragnieniem jest jej przeczytanie. Ja jako czytelnik nie zaawansowany w czytaniu po angielsku czekałam cierpliwie aż ukaże się choćby najdrobniejsza wzmianka o ukazaniu się tej pozycji w Polsce. Dziś oficjalnie jestem szczęśliwym człowiekiem, bo choć nie znam dokładnej daty ukazania się książki, wiem, że się ukaże. Chodzi oczywiście o znaną (i uwielbianą w wielu krajach) książkę The Unbecoming of Mara Dyer (u nas: Mara Dyer. Tajemnica) napisaną przez Michelle Hodkin. Jak siedziałam, tak wstałam gdy tylko zobaczyłam na pewnej stronie wzmiankę o tym wiekopomnym wydarzeniu (tak, tak wiem przesadzam, ale jestem niezwykle podekscytowana zaistniałą sytuacją).

Światowy bestseller czytany przez miliony  czytelniczek zakochanych w parze bohaterów.
Każdy kryje w sobie tajemnicę, wystarczy ją obudzić.
Kim jest Mara Dyer?
W tajemniczych okolicznościach giną dwie dziewczyny, przyjaciółki głównej bohaterki. Wygląda na to, że ich śmierć została przepowiedziana, ktoś wiedział co si się wydarzy.
Powieść z paranormalnym twistem i przesłaniem: pozory mylą. Spodoba się nastolatkom płci żeńskiej, szczególnie, że główna bohaterka – wbrew przestrogom - zakochuje się w najbardziej nieodpowiednim i intrygującym chłopaku ze szkoły.
Michelle Hodkin – opowiada o sobie: w wieku szesnastu lat, straciłam prawa do własnej duszy, grając w pokera z piratami na południe od Natchez. Wkrótce potem dołączyłam do trupy i podróżowałam po świecie. Wszystko to działo się przed napisaniem pierwszej powieści The Unbecoming of Mara Dyer. Uprzedzam, że nie jestem wiarygodnym narratorem własnego życia. Tyle mówi nam opis znajdujący się na stronie wydawnictwa














Tak wygląda nasza okładka (cieszę się, że nie została zmieniona, bo jest to piękna okładka, chociaż żółte akcenty ujmują trochę tajemniczości)


żródło:https://sklep.gwfoksal.pl/mara-dyer-tajemnica.html

wtorek, 1 lipca 2014

Maleficent (Czarownica) recenzja filmu

Z racji tego, że sporo osób pyta mnie o ten film zdecydowałam się podzielić z Wami moją opinią o Maleficent.
 Jak zwykle jeśli chodzi o nowości byłam dość sceptycznie nastawiona do tej produkcji (nie jestem też wielką fanką Anegliny) i o ile zazwyczaj ten sceptycyzm jest dobry, bo nie przeżywam później rozczarowania o tyle bardzo mnie cieszy kiedy film okazuje się być naprawdę dobry.

Film pokazuje nam zupełnie inny obraz znanej Wam być może bajki o śpiącej królewnie. Obraz o wiele lepszy, o wiele piękniejszy i o wiele bardziej poruszający. Jeśli chodzi o tegoroczne nowości filmowe prawdopodobnie najlepszy film.

Zaraz wyjaśnię Wam co tak bardzo ujęło mnie w tym filmie, że piszę tu o nim taki hymn pochwalny.
Otóż: pomińmy prawie wszystkie rzeczy, na które zazwyczaj zwracam uwagę oceniając film. Pomińmy grę aktorską, muzykę, scenografię i inne te głupoty. One w przypadku tego filmu są zupełnie nie ważne. Moja przygoda z kinematografią wygląda mniej więcej tak: Oglądam, stwierdzam czy film był fajny, czy nie i zapominam. Już dawno przestałam szukać w filmach jakiegoś przesłania, bo 80% filmów po prostu nie przekazuje nam niczego ważnego, ani wyjątkowego. I nagle pojawia się taki film, który totalnie mnie masakruje i realnie sprawia, że ja, osoba, która nigdy nie płakała na  filmie wyję jak mała dziewczynka. (po 18 latach życia w końcu komuś udało się dogłębnie mnie wzruszyć)

Zwątpiliście kiedyś w prawdziwą miłość? Bo ja nigdy. I nie mowa tu o wszystkich tych romantycznych bzdurach jakie możemy zobaczyć w co drugiej amerykańskiej komedii romantycznej, a to takiej prawdziwej, szczerej, bezwarunkowej miłości. Nie znam się na tych wszystkich związkach i innych takich i nie wiem w sumie nic o tym typie miłości (może faktycznie nie istnieje?), ale nie o takiej miłości opowiada Maleficent  i dobrze, bo tej mam już serdecznie dosyć w filmach.

Maleficent to wróżka, która dzięki Stefanowi dowiaduje się czym jest miłość. No, przynajmniej na początku tak jest. Niewinne, dziecięce uczucia wszak nie będą towarzyszyć im przez całe życie, ludzie dorastają, zmieniają się. Stefan łamie serce Maleficent i nieszczęście gotowe. (dlatego ja się nie zakochuję). Ona przechodzi zmianę w czarny charakter i rzuca klątwę na nowo narodzoną córkę króla Aurorę. Dalej jest już tylko ciekawiej.

Maleficent to przepiękna opowieść o prawdziwej miłości, o zdradzie, o prawdziwej naturze ludzi i o zemście, która nigdy do niczego dobrego nie prowadzi. Film zdecydowanie jeden z lepszych tego typu filmów jakie zdarzyło mi się oglądać. Ogólne wykonanie projektu uważam za poprawne, ale jak mówiłam w tym przypadku przymykam oczy na wszystkie błędy i niedociągnięcia.
ocena:10/10