niedziela, 29 listopada 2015

W świecie bezsensownych przepisów: Paragraf 5 - Kristen Simmons recenzja

Witajcie!
Ale ze mnie podły kłamca: zaledwie wczoraj pisałam Wam, że recenzja Niezwyciężonej to ostatnia w tym miesiącu, a dziś przychodzę do Was z kolejną. Nie moja wina, że Paragraf 5 pociągał bardziej niż nauka na kolokwium :D
 Nie wiem, czy wspominałam o tym, że nie lubię czytać ebooków, bo strasznie bolą mnie oczy kiedy długo czytam mobilnie. Zdaje sobie sprawę, że nie da rady kupić wszystkich książek, a i dostęp do biblioteki nie zawsze mam (wczoraj nie miałam, więc pobrałam ebooka książki Simmons. Książka była gdzieś na liście tych do przeczytania, które niekoniecznie muszę mieć no i tak w mniej więcej jeden dzień przemknęłam przez historię Ember.

 O książce w sumie nie słyszałam zbyt wiele i nie pamiętam kiedy to trafiła na półkę "chce przeczytać" na LC, ale faktem jest, że się tam znalazła i w sumie teraz, kiedy zakończyłam już przygodę z nią nie mogę powiedzieć, żeby czas spędzony z tą książką był zmarnowany (no może poza tym, że mogłam go przeznaczyć na naukę)
  Przyszłość. Nowy Jork, Los Angeles oraz Waszyngton to opuszczone miasta. Nie ma policji – są tylko żołnierze. Nie ma mandatów – są aresztowania i procesy.
Ci, których aresztowano, zwykle nie wracają. Siedemnastoletnia Ember pamięta jednak, że nie zawsze tak było. Życie z buntowniczą mamą nie pozwala zapomnieć, że niegdyś nie więziono ludzi za czytanie nieodpowiednich książek albo wychodzenie z domu po zmroku.
W ciągu trzech lat, jakie minęły od zakończenia Wojny, Ember doskonale opanowała umiejętność niewyróżniania się z tłumu. Dobrze wie, jak zdobyć to, co jest jej potrzebne, na przykład kartki na jedzenie czy używaną odzież, oraz jak przejść przez wyrywkowe inspekcje wojskowe. Wiedzie na tyle spokojne życie, na ile pozwalają na to okoliczności… Dopóki jej mama nie zostanie aresztowana za pogwałcenie Paragrafu Piątego! Co gorsza, jednym z żołnierzy, którzy przybyli po nią, jest Chase… bliski przyjaciel Ember…


Mogłabym nazwać swego rodzaju ironią fakt, że akurat po Niezwyciężonej, która to tak pięknie podkreślała głupotę ludzi trafiłam akurat na Paragraf 5, który również nie stawia naszego gatunku w świetle blasku mądrości. Czasy są w prawdzie inne, ale ludzie tak samo głupi, cóż za przypadek... Właściwie nie wiem czego dokładnie spodziewałam się po tej książce, bo niewielka była moja wiedza na jej temat przed przeczytaniem, ale mogę powiedzieć Wam na pewno, że się nie rozczarowałam. Książka jest dobra!

Po pierwsze, wielki ukłon muszę oddać w stronę autorki, która stworzyła świetną główną bohaterkę, wprawdzie ostatnio coraz częściej trafiam na  bohaterki, które nie wywołują we mnie chęci mordu, ale tutaj autorka naprawdę zrobiła kawał dobrej roboty kreując Ember. Może nie udało się całkiem ominąć dylematów(natury miłosnej), które zazwyczaj towarzyszom damskim charakterom w książkach, ale tutaj jest to naprawdę to konieczne minimum, które tylko dodaje książce charakteru, a nasza  bohaterka jest całkiem mądrą i odważną młodą damą.
 Co do postaci Chase'a powiem tak: zapoznałam się z kilkoma recenzjami tej książki, w których większości osób postać ta przypadła do gustu : ja osobiście przez większość powieści powtarzałam sobie tylko "Kurde, co za buc", później polubiłam tego osobnika trochę bardziej, ale moją ulubioną postacią Chase nigdy nie zostanie, niemniej jednak nie można autorce odmówić wykonania dobrej roboty, bo zarówno Chase jak i Ember zostali wykreowani pod względem 'technicznym' bardzo dobrze: tak samo jak i inne przewijające się w książce postaci. 

 Pokazana w książce rzeczywistość nie należy do przyjemnych, ale taki był z pewnością zamysł autorki i muszę przyznać, że wyszło jej całkiem dobrze, bo przedstawiony świat został fajnie pokazany, takie przykre realia powojennej dyktatury rządów głupoty. Musisz się podporządkować, ale nawet gdy to zrobisz, nie ma pewności, ze nie znajdą na Ciebie jakiegoś paragrafu. 
 Dotychczas życie Ember było dość hermetyczne i nie docierało do niej co tak naprawdę dzieje się ze światem, ale kiedy rzeczywistość uderza ją z całej siły w twarz, dziewczyna Wie, że musi być silna, nie łamie się. 

Mogłabym w sumie nawet stwierdzić, że nie spodziewałam się aż tak dobrej książki. Powieść Simmons czytało mi się bardzo szybko i przyjemnie: właściwie ciężko było się oderwać. Przyjemny styl, wartka akcja, no i co najważniejsze ciekawy świat i genialnie zrobione postaci. Muszę częściej dokonywać takich spontanicznych wyborów. Książkę serdecznie polecam, bo myślę, że warto się z nią zapoznać, także: jeśli w wolnym czasie nie będziecie mieli czego czytać: myślę, że sięgnięcie po Paragraf 5 będzie dobrym wyborem, ja zamierzam zabrać się za drugą część. Do zobaczenia w grudniu! PS. U Was też już był pierwszy śnieg? U mnie dopiero wczoraj i to dość późno w nocy, ale nie mogłam sobie darować, mimo, że byłam już gotowa do spania wskoczyłam w kurtkę i na dwór, naprawdę uwielbiam śnieg, a dziś już niewiele z niego zostało ): Pozdrawiam serdecznie!


 

sobota, 28 listopada 2015

Niezwyciężona 1: Pojedynek - Marie Rutkoski recenzja

Witajcie w ostatniej już listopadowej recenzji!
Muszę przyznać, że dawno nie miałam tak produktywnego recenzenckiego miesiąca. Moja długa niemoc czytelnicza w końcu naprawdę odpuściła, a połknięta w jeden dzień książka Marie Rutkoski jest tylko jednym z wielu tego dowodów.

 Nigdy nie mieli być razem. 17-letnia Kestrel, córka generała, prowadzi ekstrawaganckie życie i cieszy się wieloma przywilejami. Arin nie ma nic poza koszulą na grzbiecie. Kestrel jednak, pod wpływem impulsu, podejmuje decyzję, która nieodwołalnie związuje ich ze sobą. Chociaż oboje próbują z tym walczyć, nie mogą nic poradzić na to, że rodzi się między nimi miłość. W imię bycia razem muszą zdradzić swoich ludzi… a w imię lojalności krajowi muszą zdradzić siebie nawzajem. 

Pierwsza połowa książki jest bardzo dobra, druga irytująco dobra, co daje w sumie świetną całość. 

Valerianie to banda buców, która przed dziesięcioma laty jak to na buców przystało postanowili podbić Herrańczyków, zabrać ich tereny, zamieszkać w ich domach, a z samych Herranczyków uczynili swoich niewolników. Nie będę się tu może rozpisywała na temat tego co sądzę o wojnie i niewolnictwie i zamknę to w jednym tylko zdaniu: Wojna, niewolnictwo i inne tego typu zachowania biorą się z tego, że ludzie są głupimi bucami.

Książka zaczyna się od tego, że główna bohaterka - Kestrel (skąd autorka wzięła to imię?!) robi coś czego nikt by się po niej nie spodziewał i kupuje sobie niewolnika (trochę za niego przepłaciła, ale to mniejsza). Mówiąc dość kolokwialnie: Kestrel jest naprawdę spoko postacią, która na tle innych Valerian wydaje się być dość dobrym człowiekiem, dziewczyna przejawia objawy posiadania mózgu, którego z resztą: w przeciwieństwie do innych Valerian: naprawdę używa. Jej ojcem jest generał, który bardzo chce by córka zaciągnęła się do armii, ta jednak stale opiera się naciskaniom ojca. 
 Arin, niewolnik, którego kupiła, (który również jest spoko gościem) nie boi się mówić prawdy i okazywać niesubordynacji, czym chyba zyskuje szacunek i sympatię dziewczyny, bo ta zdecydowanie zbyt często upomina się aby o nim nie myśleć...

Marie Rutkoski kreuje dobrze rozbudowane postaci, które czytelnik może obdarzyć sympatią, może trochę zbyt bardzo skupiając się na głównych bohaterach i za mało poświęcając uwagi porządnemu rozbudowaniu postaci pobocznych, które jednak również dają radę.

"Hipokryzja" to ostatnio bardzo modne i zdecydowanie nadużywane słowo. Jak ktoś doszukuje się na każdym kroku hipokryzji w najmniejszych nawet, mało znaczących sprawach: powinien przeczytać Pojedynek to dopiero słownikowy pokaz definicji tegoż słowa. Bo tego co robią Herrańczycy i Valerianie inaczej nazwać się nie da (nie chcę tu zdradzić zbyt wiele, żeby nie psuć komuś ewentualnej zabawy z czytania Pojedynku więc pozostawię bez wyjaśnienia tę kwestię) 

 Kiedy czytam to co tu napisałam to odnoszę wrażenie jakbym wcale nie chciała Wam tej książki polecić, tak bardzo naszpikowana szyderą jest ta recenzja, ale to absolutnie nie jest mój cel, bo książka strasznie mi się podobała (inaczej nie zarwałabym nocki żeby ją przeczytać). Książka jest świetna, dobrze napisana a całość jest moim zdaniem naprawdę bardzo przemyślana przez autorkę i nie irytuje mnie sama książka ile to jakie sprawy porusza i jak obnaża ludzi (te cechy, które naprawdę mnie u naszego gatunku drażnią) i choćby dlatego warto ją przeczytać. 

Ciężko mi zdefiniować gatunek, więc zamknę książkę w wygodnej szufladce z napisem 'szeroko pojętego young adult', przy czym takie pomieszanie ze sobą różnogatunkowych wątków jest zdecydowanie jednym z wielu plusów tej pozycji. A jeśli już o plusach mowa, to warto wspomnieć o tym, że akcja przebiega bardzo sprawnie i płynnie nie pozwalając czytelnikowi na nudę. Autorka nie przeciąga niczego niepotrzebnie, co dla mnie zdecydowanie działa na korzyść (są książki które czytam w niektórych momentach pobieżnie, albo po prostu omijam strony, które przeciągają w nieskończoność coś co wcale nie powinno zostać przeciągnięte)

 Zastanawiałam się dość intensywnie nad tym, czy z racji tego, że zakończenie strasznie mi się nie podobało nie uznać go za słabe, ale później przyszła myśl: "Kurde, to trylogia" więc to, że zakończenie pierwszego tomu mnie nie satysfakcjonuje jest nawet lepsze, bo tym bardziej chcę się sięgnąć po kolejny tom...co w ostatecznym rozrachunku każe mi stwierdzić, że zakończenie jest odpowiednie. 
 Mnie nie pozostaje zatem nic innego jak zachęcić Was do sięgnięcia po powieść Marie Rutkoski, bo uważam, że książka jest naprawdę godna uwagi i warto ją przeczytać.


 

wtorek, 24 listopada 2015

Jeden rok, jak jeden dzień... Ten jeden rok - Gayle Forman recenzja

Witajcie ponownie!
Jeszcze nie tak dawno (niecały miesiąc) temu 'rozmawialiśmy' sobie tutaj o powieści Gayle Forman Ten jeden dzień. Dziś weźmiemy pod lupę drugą część tej duologii(?). Pierwsza część opowiadała nam o roku z życia Allyson po wyprawie z nieznajomym Willemem do Paryża. W Tym jednym roku dowiadujemy się co w tym czasie działo się z Willemem i mamy niewątpliwą przyjemność poznać bliżej tego bohatera. 


Willem stracił kontrolę nad swoim życiem. Boleśnie zraniony śmiercią ojca obawia się kolejnej miłości i kolejnej (być może) straty. Nie potrafi jednak zapomnieć dnia spędzonego w Paryżu z pewną niezwykłą dziewczyną. Czuje, że musi ją odnaleźć, chociaż nie zna nawet jej prawdziwego imienia. Mimo to będzie próbował. W najbliższym roku czeka go kilka ważnych decyzji. Czy zaryzykuje? Czy otrzyma dar od losu i spotka ponownie Allyson? 

Nie powiem żebym rozczarowała się tą książką, ale jednak (chociaż sama nie wiem czemu) Ten jeden dzień podobał mi się trochę bardziej. 

Ten jeden rok pozbawia nas tej tajemnicy jaką mógł stanowić w pierwszej części Willem. Gayle Forman zabiera wyobrażenie o lekko bajkowym artyście i konfrontuje Nas z tym kim naprawdę jest Willem, co przywiodło go do miejsca w którym to spotkał Allyson i co dzieje się z nim po tym dniu spędzonym w Paryżu.

Właściwie to nie ważne z czyjej perspektywy patrzymy na tę historię, bo przeżycia wewnętrzne bohaterów w obu przypadkach są ciekawie przedstawione. 

Po raz kolejny możemy zobaczyć jak jeden dzień potrafi zaważyć na naszym życiu.  Książka porusza tak wiele różnych ważnych elementów naszego zwykłego życia, nad którymi często 'mały szary człowiek' na co dzień w ogóle się nie zastanawia. Można by zapytać: "Komu przydarzają się takie rzeczy?!" Może poza literaturą i kinematografią nikomu, ale osobiście bardzo chciałabym przeżyć coś takiego. Czytając tę książkę myślałam sobie, jak ciężko jest wykreować naprawdę dobre postaci i później dopisać do nich dobrą, przygniatającą czytelnika do fotela historię. Gayle Forman robi coś takiego: opowieść o Willemie jest dopracowana, chociaż wszystkie te rzeczy wydają się dość przekoloryzowane, zbyt mało realne to jednak w jakiś pokrętny sposób może zmusić czytelnika do zadania sobie kilku pytań. 

Jeśli chodzi o ten gatunek powieści, to zarówno Ten Jeden Dzień jak i Ten Jeden Rok są moimi ulubieńcami. Cudowne są te książki: może i jest to jedna z tych historii dla sfrustrowanych marzycielek, ale taka literatura też jest potrzebna. Osobiście jestem zauroczona historią stworzoną przez autorkę. Nie pozostaje mi chyba nic innego jak dołączenie do grona takich marzycielek, bo nie często książki wzbudzają we mnie ten rodzaj pozytywnych odczuć (kiedy to czuje się, że chciałoby się przeżyć w życiu coś niesamowitego i przestaje się twardo stąpać po ziemi depcząc przy tym rabatki)




sobota, 21 listopada 2015

Konkurs z Cyrkiem Nocy od Erin Morgenstern na Instagramie! (na Mikołajki)

Witajcie!
Jeśli macie profil na instagramie...i wykazujecie chęć wygrania książki Cyrk Nocy autorstwa Erin Morgenstern: zapraszam na mój profil, na którym to od dzisiaj aż do północy 2 grudnia możecie zgarnąć tę właśnie książkę. Konkurs będzie miał charakter losowania, a zwycięzce ogłoszę trzeciego grudnia. Jeśli więc chcecie wziąć udział, lub macie znajomych którzy by chcieli, wpadajcie na mój profil. Konkurs wymaga jedynie:
1. Udostępnienia konkursowego zdjęcia na swoim profilu na IG i oznaczenia mnie na nim
2. Otagowania go jako #ksiazkanamikolajki
3. Zaobserwowania mojego profilu


Niedługo postaram się zorganizować również jakiś konkurs tutaj na blogu: nie wykluczone, że bardziej twórczego niż ten na IG. A póki co zapraszam na profil _coconutlatte i wzięcia udziału w konkursie! 

 

czwartek, 19 listopada 2015

Koniec wieńczy dzieło: finał trylogii o Marze Dyer: Mara Dyer. Zemsta - Michelle Hodkin recenzja (The Retribution of Mara Dyer)

Witajcie!
Recenzja Tomu I
Recenzja Tomu II
Jeśli zaglądacie tu regularnie wiecie zapewne, że dotychczas w mojej czytelniczej karierze tylko raz skończyłam całą trylogię, zwyczajnie: nie lubię świadomości, że coś się kończy. Dziś do tej zaszczytnej listy mogę dopisać serię Michelle Hodkin o Marze Dyer. Zdania na temat ostatniej części są podzielone: jedni się zachwycają, inni są rozczarowani, a co ja sądzę? Zapraszam:



  Ja też nie chciałam żeby mnie naprawiono. Coraz bardziej podobałam się sobie taka jaka byłam.

O finale trylogii o Marze Dyer można by pisać długo. Ciężko jednak pisać w taki sposób aby nie zdradzić zbyt dużo treści, a jednocześnie przekazać dotkliwy smutek jaki mi towarzyszył podczas czytania. Smutek ten łączy się właściwie z wyjaśnieniem o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ostatnia część wyjaśnia nam wiele rzeczy, odpowiada na wiele pytań które zapewne czytelnik stawiał sobie czytając poprzednie części. Moglibyście teraz zapytać do której grupy odbiorców trylogii należę: tej zachwyconej ostatnim tomem, czy tej lekko rozczarowanej. Ja mogę to skwitować tak: należę to tej grupy, która ryczała przez pół książki, będąc niekiedy nawet bliska spazmów. Książka zasadziła mi mocnego kopa w brzuch i przyspawała mnie do siebie tak bardzo, że zrobiłam sobie jedynie małą przerwę na spanie i na ćwiczenia z pedagogiki (bo na wcześniejsze wykłady nie poszłam: czytałam)

 Genialne połączenie literatury młodzieżowej z ciężkim, psychodelicznym thrillerem. W ostatniej części trylogii Mara musi stawić czoła rzeczywistości.
Trzecia część bestsellerowej serii o Marze Dyer. Pewnego dnia Mara budzi się w lustrzanym pokoju i nie wie, gdzie jest. Zdaje sobie sprawę, że jej bliscy nie żyją, a ona powoli zaczyna o nich zapominać. Głos w jej głowie powtarza: „musisz uciekać”, ale leki podawane przez doktor Kells zmuszają ją do posłuszeństwa i odbierają jej umiejętność zadawania bólu i zabijania myślami. Mara nigdy nie czuła się tak bezbronna… 

Mara Dyer się zmienia, zaczyna akceptować swoją moc i to, że niesie 'śmierć' ale kto tak naprawdę jest odpowiedzialny za to wszystko? Muszę stwierdzić, że wyjaśnienie jakie dostajemy jest dość smutne, lekko szokujące. Nie chcę Wam tutaj za dużo zdradzić, ale moim zdaniem wszystko mogło potoczyć się inaczej gdyby nie głupota tych, którzy pociągali za sznurki w tej chorej grze. Ludzie walczą z tym za co właściwie sami ponoszą winę i co sami uruchomili, tylko nikt kurwa właściwie nie wie dlaczego, czy może bardziej ja nie wiem dlaczego... 
 Dla mnie najlepszą częścią trylogii chyba nadal pozostaje druga część, ale finalna część jest genialna z innych powodów niż poprzednia. Szokuje, wprawia w lekką konsternację, ale jest super, jest zaskakująca, niepokojąca...jest inna. Właściwie sama nie wiem co powiedzieć całość jest dla mnie osobiście bardzo smutna mimo wielu komediowych aspektów, zabawnych scen i dialogów. W tym wszystkim przeplatają się ze sobą strach i smutek. Bohaterowie uczą się rozumieć siebie, akceptować siebie podczas gdy świat próbuje ich zmienić. 
 Czuję, że zdradziłam już trochę za dużo, więc nie powiem już nic więcej. Książkę polecam, jest naprawdę bardzo dobra: przede wszystkim świetnie napisana. Pierwsza część podobała mi się w sumie najmniej kiedy tak pomyślę o tym teraz po przeczytaniu wszystkich: druga była mistrzostwem. Finał może funduje wyjaśnienie wszystkiego inne niż bym sobie tego życzyła, ale jeśli patrzeć na niego nie z perspektywy moich cichych pragnień, to trzyma świetny poziom (do połowy byłam pewna, że książka przebije dwójkę, później poszło trochę nie po mojemu, ale ogółem jako całość wszystko jest spójne i dobrze zrealizowane). Ubolewam nad tym, że to już jest koniec, ale zamierzam jak najszybciej przeczytać trylogię jeszcze raz, od początku. A wy jeśli jeszcze nie zaczęliście swojej przygody z Marą Dyer: zacznijcie, myślę, że warto.






 

wtorek, 17 listopada 2015

W gotyckim klimacie: Recenzja Retrum. Kiedy byliśmy martwi - Francesc Miralles

Witajcie!
 Powiedzieć, że Retrum to książka nietypowa, to dość znaczne niedowiedzenie. (UWAGA: nudna życiowa historia) Kiedy około 3?4? lata temu po przeczytaniu Nvermore Kelly Creagh przechodziłam fascynację gotycyzmem i usłyszałam o Retrum wiedziałam, że muszę to przeczytać. Jak widać trochę mi zajęło aż w końcu spięłam cztery litery i zabrałam się za tę książkę, która na marginesie leżała na półce pewnie z rok. Ostatnio pomyślałam, że przypomnę sobie jedną z moich ukochanych książek (Nevermore) i odżyły wspomnienia z tamtego okresu (tak: już od kilku dni z głośników płynie gotycki rock, który kiedyś uwielbiałam) i postanowiłam, że oto przyszedł czas na przeczytanie Retrum. 

 Książka jest kopalnią pięknych cytatów. Każdy rozdział rozpoczyna jakaś sentencja i to jest bardzo fajny pomysł (a zawarte cytaty są naprawdę dobre i inspirujące) ale poza tym książka nie jest jakoś strasznie porywająca, ba: momentami można by uznać ją za irytującą.

 Czy spałeś kiedyś na cmentarzu?
Christian jest w żałobie po śmierci brata bliźniaka. Pewnego dnia spotyka pod cmentarnym murem troje nieznajomych o bladych twarzach i fioletowych ustach. Szybko traci głowę dla podobnej do wampirzycy Alexii. Kim jednak są członkowie dziwnego stowarzyszenia odwiedzającego po zmierzchu umarłych? I czy spanie na grobach oraz ekscentryczny makijaż to jedynie niewinna zabawa?
Gotycka powieść Francesca Mirallesa przenosi czytelnika w świat aniołów o mrocznych duszach i namiętności silniejszych niż śmierć.


 Książka wydaje mi się miała uchodzić za coś niezwykle głębokiego i poruszającego, ale czytając ją nie da się nie zauważyć, że jest zwyczajnie naiwna i tak naprawdę dość płytka.
 Bohaterowie są zwyczajnie popierdoleni popieprzeni. Niby prawie dorosłe postaci, a odnieść można by wrażenie, że ich rozwój gdzieś się po drodze zatrzymał. No i co chwila mówią (zwłaszcza główny bohater) tylko o bólu i śmierci, co nie jest dziwne, bo w końcu to tematyka tej książki, ale tak częste poruszanie tych tematów (i tylko tych) jakby trochę umniejsza 'wyjątkowości' tego wszystkiego. Kiedy Christian co stronę pieprzy gada o umieraniu za każdym razem przez głowę przebiegała mi myśl "Gościu umrzyj w reszcie i będziesz miał z dupy" Jego tajemniczy znajomi są równie nijacy i płytcy jak on, ogólnie mamy tu do czynienia z tak ubogim szkicem postaci, że aż przykro się robi. Pociesza fakt, że Chris chyba zauważa w końcu, że ma nierówno i zaczyna się wahać, czy na pewno spanie na grobach jest tym co chce robić w życiu z drugiej jednak strony nadal czuje 'pociąg' do tych psychopatów. (Prosze mnie źle nie zrozumieć: sama kiedyś utożsamiałam się z gotami, ale ci ludzie z Retrum to jakaś ostro pokopana sekta)

Retrum mogło być ciekawym psychologicznym ukazaniem młodych ludzi, których niejako fascynuje śmierć, ale niezbyt się udało. Książka jest dość dziecinnym biadoleniem i wydaje się nie nieść zamierzonego przekazu w sposób naturalni, a na przymus co skutkuje tym, że efekt końcowy jest dość marny i sztuczny.
 Wiem, że zapewne większość z Was o tej książce słyszy pewnie teraz pierwszy raz, ale raczej nie macie czego żałować, bo chociaż pomysł był ciekawy to realizacja w moich oczach poległa całkowicie. A tak na marginesie, jeśli ktoś z Was zna jakieś powieści w gotyckich klimatach to proszę o jakieś tytuły. Z mojej strony to wszystko (Ej: zauważyliście, że to już czwarta recenzja w tym miesiącu? Tak produktywnego miesiąca nie było już chyba od bardzo dawna) 

 

sobota, 14 listopada 2015

Przeszłość napewno Cię dopadnie. Zawsze... Stigmata - Beatrix Gurain recenzja książki

Witajcie! Dawno się nie widzieliśmy...dobre 3 dni będzie, a tu nie dość, że nowy post to jeszcze z recenzją!
 Stigmate wciągnęłam na jednym wdechu. Ta książka zwyczajnie wciąga i to na tyle, że człowiek (znaczy no dobra jaki tam ze mnie człowiek) zarywa noc, bo nie może się oderwać, a gdy książka już się kończy w głowie rodzi się pytanie Dlaczego to już koniec?! 

Siedemnastoletnia Emma jest w rozpaczy po nagłej śmierci matki. Od zawsze były tylko we dwie – skryta, zamknięta w sobie pielęgniarka, która poświęcała się dla pacjentów, i jej córka – skupiona na sobie nastolatka, która niewiele wie o przeszłości matki, poza tym, że przed laty przeżyła wielką miłość – a ona, Emma, jest jej owocem. Zanim rodzice wzięli ślub, jej ojciec umarł na służbie, pracując wśród Lekarzy bez Granic. A teraz matka zginęła w wypadku – jej samochód wpadł do głębokiego jeziora. Ciała Agnes nie znaleziono.
Z odrętwienia po śmierci Agnes wyrywa Emmę tajemnicza przesyłka – niemal pusty album z dziwnymi niepokojącymi fotografiami, i jedno krótkie pytanie – Chcesz, żeby mordercom twojej matki uszło to na sucho?
Emma zaczyna działać. Kierując się wskazówkami w tajemniczej przesyłce, ubiega się udział w obozie młodzieżowym organizowaną przez tajemniczą organizację Transnational Youth Foundation – i trafia do położonego na odludziu myśliwskiego zameczku. Oprócz niej jest tu jeszcze trójka uczestników.


Ta książka to mistrzostwo! 
Dawno nie spotkałam głównej bohaterki w young adult, która nie byłaby niezwykle irytującą pindą  postacią, aż tu nagle czytam sobie Stigmate i bohaterka okazuje się być idealna: Emma jest twarda, wie jaki jest jej cel i stara się go zrealizować. Często chwalę postaci, ale z tymi żeńskimi często jest coś nie tak. A tu proszę: pani Gurain zrobiła świetną główną postać, ba stworzyła również całą gamę świetnych postaci drugoplanowych bardzo fajnie wykreowanych, wielowymiarowych: czego chcieć więcej?

Można na przykład chcieć, wartkiej akcji i ciekawych, tajemniczych wydarzeń. W tej książce również i tego nie zabrakło. Mamy tu do czynienia z  bardzo dobrym thrillerem(?), który trzyma w napięciu i zaciekawia czytelnika. W Stigmacie cały czas coś się dzieje i co chwila dowiadujemy się czegoś nowego, co powoduje nagły zwrot akcji, z resztą: nie jeden, zwrotów akcji w tej książce mamy multum, ale spokojnie: raczej się nie pogubicie (:

Sam klimat jest świetny i podczas czytania ja osobiście bardzo wczuwałam się w tę książkę. Miejsce w którym rozgrywają się wydarzenia niektórzy mogliby uznać za sztampowe, ale to uważam, że fakt, że mamy do czynienia ze starym zamkiem dodatkowo pobudza naszą wyobraźnie (oczyma duszy już tam byłam)

Właściwie nie wiem sama co więcej napisać o tej książce. Jest inna. Nietypowa. Oryginalna. Gurain odchodzi od szablonów i robi coś odmiennego i to jest niesamowite... bo kiedy myślimy: było już chyba wszystko i ktoś wychodzi z czymś zupełnie świeżym i robi to tak cholernie dobrze, to po prostu człowiek ma świadomość, że nie odda słowami tego co chce przekazać, a ogólny przekaz tej recenzji brzmi dość prosto: przeczytajcie tę książkę. Jeśli lubicie tajemnice ta książka jest dla Was. Jest piękna i to nie tylko wizualnie, jej treść jest piękna, smutna i zmuszająca do zadumy, ale strasznie piękna.
 Przepraszam, że ta recenzja jest tak słaba, ale zwyczajnie: nie potrafię wypowiedzieć się należycie o tej pozycji, bo to co bym napisała nie oddałoby moich odczuć po przeczytaniu.

 
 

środa, 11 listopada 2015

Smoki w wersji modern? Recenzja książki Talon - Julie Kagawa

Witajcie!
Obiecałam, że w listopadzie zawitam do Was z recenzją...i oto jestem. O smokach chyba jeszcze u mnie nie było, więc pora to nadrobić, bo właśnie przychodzę do Was z książką o (nie domyślilibyście sie) smokach. Dzisiaj nie będzie żadnej usypiającej historii na powitanie, bo i nie ma czym Was dziś zanudzić, więc: od razu przejdziemy do rzeczy!

 Samotnie upadną, razem powstaną.

Przed wiekami członkowie zakonu Świętego Jerzego polowali na smoki. Ukrywając się pod ludzką postacią, smoki przetrwały. Z czasem stały się silne i przebiegłe, gotowe przejąć władzę nad światem. Młodziutka Ember Hill, po wcieleniu się w ludzką postać, zostaje wysłana ze szpiegowską misją do Kalifornii. To dla niej okazja, by zakosztować życia zwykłej nastolatki, nacieszyć się wolnością przed powrotem do Talonu, gdzie czekają na nią wyłącznie obowiązki. Ember jest odważna i zdeterminowana, ale też ulega ludzkim słabościom. Może właśnie dlatego jej misja okaże się tak trudna.


Może zacznę tym razem od minusów, a właściwie jednego ogromnego minusa, który wkurzał mnie przez całą książkę. Zakładam, że to wina tłumaczenia, ale książka napisana tak rażącym mnie stylem, że naprawdę ciężko mi się ją momentami czytało, ba podczas niektórych fragmentów mogłabym przysiąc, że autor ma mnie za debila... Co więcej tekst jest napisany w taki sposób jakby pisało go dziecko (no przy dobrych wiatrach nastolatek). I żeby nie było, że tylko się czepiam: rozumiem, że narratorami są postaci dość specyficzne: smoczyca próbująca zasymilować się z ludźmi, która no wiadomo, nie jest zbyt doświadczona w "ludzkich sprawach", czy z drugiej strony żołnierz, który również nie miał zbyt wiele kontaktu z 'normalnymi ludźmi', ale mimo wszystko: ogólny tok narracji, czy opisywanie uczuć jest trochę na poziomie ucznia podstawówki, a szkoda, bo sama książka naprawdę mi się podobała. Jak wspomniałam, wydaje mi się, że wina leży bardziej po stronie tłumacza niż autorki, ale w sumie to do końca nie wiadomo...ale jakby na to nie patrzeć styl jest zbyt trywialny, potocznie-podwórkowy i momentami przypomina mi styl z dawnych polskich książek(których nie znoszę, co także wcale nie pomaga)

Nie powinnam zaczynać od minusów, bo jeśli nie wytrwacie do końca recenzji, to pomyślicie, że nie polecam Wam tej książki, co nie do końca byłoby prawdą: wiem, że nie wszyscy są wyczuleni aż tak bardzo na styl pisania jak ja i mam też świadomość tego, że to co mnie się nie podoba innym może odpowiadać. A skreślanie książki z tego powodu, że mnie nie podpasował styl byłoby trochę bez sensu, zwłaszcza, że cała reszta jest jak najbardziej w porządku:

Książki jak ta przypominają mi o początkach mojej czytelniczej fascynacji mieszanką fantastyki i romansu, która to mieszanka do teraz jest moją ulubioną, mimo, że minęło już sporo lat od mojej pierwszej styczności z takim koktajlem gatunkowym (chyba nigdy całkowicie nie dorosnę...). Brakuje mi czasów w których mogłam niemal całe dnie spędzać na czytaniu (a bywały takie czasy), które to właśnie kojarzę z tego typu literaturą, ale może wróćmy do Talonu. 

Ember jest smoczycą wysłaną przez dość szemraną organizację zwaną Talonem z misją zasymilowania się z gatunkiem ludzkim, ona i jej brat bliźniak(który raczej nie budzi we mnie pozytywnych odczuć) trafiają do Kalifornii jako szpiedzy? Oczywiście nasza bohaterka jest z gatunku tych niepokornych i coraz mniej podoba jej się podporządkowanie zasadom organizacji (dość szemranej jak już podkreśliłam na początku) 
 A jeśli już mowa o szemranych organizacjach, to druga z nich: Zakon Świętego Jerzego wysyła własnego szpiega, aby wykrył szpiega Talonu i w ten oto sposób poznajemy Garreta (i jego mniej istotnego kolegę) oczywiście nie wiedzieć czemu niemal od razu nasi szpiedzy wiedzą kogo mają obserwować(magia?)
 No i tu zaczynają się schody, bo co jeśli wpajane naszym bohaterom od zawsze "fakty" niekoniecznie są prawdą? Poza tą dwójką mamy też jeszcze jedną bardzo ważną postać: smoka Rileya, który ogarnia co w trawie piszczy. Ogólnie jeśli chodzi o postaci są dobrze zrobione, ciekawe i nietuzinkowe. Moim zdaniem autorka wypracowała świetne, oryginalne postaci o ciekawych 'profilach' i to jest to co bardzo cenię w literaturze, także lista plusów się właśnie powiększyła.

Ogólnie książkę czyta się dość szybko i nawet przyjemnie pomijając styl. Akcja toczy się w odpowiednim tempie i czytelnik nie ma czasu znudzić się jakimś wydarzeniem. Same wydarzenia układają się w spójną całość dając nam satysfakcjonujący efekt finalny.
 Ciekawy jest również sam motyw tych dwóch organizacji z którymi to mamy w powieści do czynienia. No i nie mogę zapomnieć o rzeczy w sumie kluczowej jaką jest samo przedstawienie smoków, które jakby nie patrzeć odgrywają w tej powieści rolę dość ważną...A tutaj smoki są pokazane w sposób troszkę odmienny niż ten z którym spotykałam się dotychczas. Smoki Julie Kagawy potrafią przecież przybrać ludzką postać.
 Na koniec dodam, że ten motyw romantyczny mógłby być minimalnie mniej rozbudowany, ale ogólnie nie jest aż tak źle(poza tym, że twardy jak głaz żołnierz zdaje się zmieniać w pizdę pomiędzy 1 a 410 stroną) więc da się przeżyć.

 Podsumowując więc nasze rozważania, ja książką jestem usatysfakcjonowana. Mimo jednej ogromnej wady, jednak przeważały te pozytywne wrażenia, co za tym idzie: książkę Wam polecam, myślę, że warto w wolnej chwili po nią sięgnąć...no i ta okładka! 




 

niedziela, 1 listopada 2015

Pradawna klątwa, Paryż i inne takie. C.J Daugherty, Carina Rozenfeld - Tajemny Ogień |witamy listopad i jesienny nastrój czytelniczy

NIE-spodzianka! Nie spodziewaliście się mnie tak szybko, nie? Otóż witam serdecznie w nowym odcinku i mam zaszczyt zaprezentować Wam nowiutką, jeszcze ciepłą recenzję, książki, której premiera miała miejsce stosunkowo niedawno, więc jest szansa, że jeszcze jej nie czytaliście...a jeśli tak jest, to powinniście szybko nadrobić to niedopatrzenie. Zapraszam 

Moje pierwsze spotkanie z C.J. Daugherty nie należało do najprzyjemniejszych, jeśli pamiętanie moją opinię na temat Wybranych to wiecie dlaczego. Mimo wszystko zdecydowałam się dać autorce jeszcze jedną szansę i przeczytać książkę stworzoną w duecie z Cariną Rozenfeld. Kiedy natknęłam się na zapowiedź opis zaciekawił mnie na tyle, że stwierdziłam, że kiedy książka już się ukaże: prędzej, czy później ją kupię. Losy potoczyły się tak, że stało się to wcześniej, co z jednej strony jest minusem, bo zapewne długo będę czekała na kolejną część...a będę czekała.

Dzielą ich setki kilometrów, łączy przeznaczenie.
Taylor Montclair (Anglia)
Pewnego dnia wybuch złości Taylor powoduje, że przedmioty wokół niej zmieniają swoje
położenie, a silne emocje zakłócają przepływ elektryczności. Dziewczyna poznaje szokującą
prawdę o swoim pochodzeniu. Dowiaduje się, że drzemie w niej tajemny ogień.
Sacha Winters (Francja)
Setki lat temu na stosie spłonęła alchemiczka, która rzuciła klątwę na trzynaście pokoleń
pierworodnych synów z rodu jej zabójców. Sacha jest trzynasty – za osiem tygodni ma
umrzeć. Na świecie jest tylko jedna osoba, która może mu pomóc.
Czy Taylor i Sacha zdążą się odnaleźć, nim on zginie, a świat pochłonie ogień?
Pradawna moc i śmiertelna klątwa, szaleńczy wyścig z czasem i walka z przeznaczeniem.
Akcja Tajemnego ognia pędzi jak rollercoaster! 


Jeśli zaglądacie na mojego bloga nie po raz pierwszy, to wiecie już zapewne jak wielką wagę przykładam do postaci w czytanych książkach. Ku mojemu zaskoczeniu, czytając Tajemny ogień natrafiłam na jedne z najlepiej wykreowanych postaci z jakimi dotąd się zetknęłam...i mowa tu nie tylko o dwójce głównych bohaterów, ale i o całym wachlarzu postaci drugoplanowych, które zostały wykreowane po mistrzowsku. Realnie jestem zachwycona wykonaną przez duet Dougherty, Rozenfeld pracą nad postaciami. Mamy tu wielowymiarowych bohaterów, którzy dodatkowo budzą sympatię.
Jeśli już koniecznie chciałabym się do czegoś przyczepić, to styl pisania powieści momentami jest dość...dziecinny(?) ale nie wykluczone, że jest to wina tłumaczenia, więc puszczam ten minus w niepamięć. Same dialogi są bardzo dobrze napisane, więc ogólnie książkę czyta się bardzo przyjemnie i dość szybko...może nawet aż za szybko się skończyła...
 Nie przepadam za książkami, w których akcja się wlecze, a autorzy zbyt dużo czasu poświęcają na jakieś zbędne dodatki...w Tajemnym Ogniu tego nie ma. Akcja przebiega sprawnie, niemal cały czas coś się dzieje i czytelnik nie ma czasu na to żeby czymś się znudzić, przy czym akcja nie przemyka też zbyt szybko (jak to czasami bywa: w taki sposób, że czytelnik nie może się połapać co się właściwie dzieje). Nie ma żadnego natłoku niezrozumiałych wydarzeń, akcja przebiega idealnym torem i w idealnym tempie...po prostu idealnie. 
 Tak sobie czytam to co napisałam i muszę przyznać, że dość solidnie włażę w zadek tej książce wychwalam te pozycję, ale książka naprawdę bardzo przypadła mi do gustu i dodatkowo idealnie wpasowała się w lekko mroczny i zadumny klimat jaki nam towarzyszy podczas ostatnich dni października i pierwszych dni listopada. Swoją drogą sama książka jest bardzo klimatyczna, bardzo łatwo było mi się w nią wczuć i wyobrażać sobie miejsca i postaci. Bardzo chciałam pokazać Wam moją przez jakiś już czas nieużywaną twarz surowego krytyka, ale no nijak nie mogę, bo jak tu mieszać z błotem książki, które są bardzo dobre? No nie da się.





Ale dzisiaj nie spoczywam na laurach i jeszcze nie koniec mojego paplania. Jako, że złożyło się tak, że recenzję piszę idealnie na początku miesiąca, to niewątpliwie dobrze byłoby pożegnać październik i należycie powitać listopad, który jest jednym z moich trzech ulubionych miesięcy [traf chciał, że akurat następują one po sobie (tak, tak: październik, listopad, grudzień)] Zazwyczaj na przełomie października i listopada, kiedy to mamy taki czas zadumy wpadam w końcu w ten czytelniczy wir i mam nadzieję, że tak będzie i w tym roku. Na listopad planuję co najmniej dwie recenzje, także bądźcie gotowi. Jako, że od kilku już lat mamy tak, że jak tylko znicze wymaszerują ze sklepów zaraz pojawiają się bombki, Mikołaje i inne takie, takie, ja już jestem w świątecznym nastroju i zamierzam pozostać w nim aż do świąt...a nawet i jeszcze po świętach, a czemu by nie?! Planuję w związku z tym ruszyć z nowym projektem (bo uważam, że czas jest właśnie idealny): na potrzeby ów projektu powstanie chyba nowy blog, bo nie będzie on raczej zbytnio związany z książkami, a z przepisami na najróżniejsze słodkie potrawy...w zdrowej wersji! Długo się zastanawiałam czy ma to sens kiedy fitblogsfera jest tak rozwinięta, ale myślę, że warto spróbować, a nóż komuś się to przyda, wydaje mi się, że przepisów nigdy za wiele. Myślę, że jeśli wystartuję z tą akcją dam Wam znać, a teraz pozdrawiam serdecznie i życzę Wam kolorowej jesieni...chociaż jak na półkach Mikołaje to już bardziej zima...nie kalendarzowa, ale sklepowa (tylko czekać jak do podziału na termiczne i kalendarzowe pory roku dołączy kategoria sklepowych). Do usłyszenia!