niedziela, 14 września 2014

If I Stay - Film

True Love is a Bitch

Dawno, dawno temu, w odległym 2011 czytałam książkę "Jeśli zostanę" - nie podobała mi się. Nie znosiłam wtedy tego typu książek (nadal za nimi nie przepadam), więc po prostu uznałam ją za trochę słabą i naiwną. Kiedy usłyszałam o planach zrobienia filmu, nawet nie pamiętałam o tej książce i na ekranizacje bynajmniej się nie wybierałam, aż zobaczyłam jeden ze zwiastunów i ten jeden zwiastun już pierwszymi słowami sprawił, że postanowiłam, że na film iść muszę, nie ważne, że książka nie zrobiła na mnie wrażenia (z resztą było to trzy lata wcześniej, a gusta się modyfikują) no i oczywiście jak zwykle, dzień po premierze w kraju udałam się do kina. 

Nie będę tym razem w ogóle porównywać filmu z książką, bo właściwie jej nie pamiętam, napiszę tylko o moich odczuciach po seansie (i króliczych oczach po wyjściu z sali kinowej)

Mia Hall (Chloe Grace Mortez) to nieśmiała, niezwykle utalentowana dziewczyna, która stoi przed najtrudniejszym życiowym wyborem. Jeśli zdecyduje się opuścić dom by podążać za muzycznymi marzeniami, straci miłość swojego życia. Wszystko zmienia się w wyniku pewnego wydarzenia, a Mia zawieszona przez jeden dzień między życiem a śmiercią musi zdecydować, po której stronie zostanie. Czy wielka miłość przezwycięży niepewność i strach?

Po pierwsze: obsada! W Adama, wspomnianą wielką miłość dziewczyny (tak, piszę dziewczyny bo nie wiem jak odmienić to imię po Polsku, a nieodmienione wyglądało by dziwnie) wcielił się Jamie Blackley (pierwszy raz słyszę o tym aktorze) i ogólnie poradził sobie z rolą, chociaż ja bym raczej obsadziła w tej roli kogoś innego. Mia zagrana przez Chloe Grace, którą jako aktorkę bardzo lubię również dobrze wykonała swoje zadanie i w ogólnym rozrachunku jako para wypadli poprawnie. Jednak pomijając tę dwójkę moim zdaniem najlepiej swoje role odegrali Mireille Enos i Joshua Leonard, jako rodzice Mii(?)

Falling in Love with Adam was like Learning to Fly* 
 
 

Ogólnie film zrobiony został poprawnie, ale myślę, że mogło być lepiej, nie skupiałabym się jednak w przypadku filmów takich jak ten na wykonaniu i sprawach technicznych, na które zazwyczaj zwracam uwagę. Tutaj jednak trzeba się skupić na samej historii, na jakby nie patrzeć tragicznej historii, wzruszającej i (chyba) nawet pięknej. Ja bynajmniej płakałam niemal co chwila. Trudno mi to opisać, ale podczas oglądania filmu (przynajmniej takie było moje odczucie) czułam się jakby to było coś osobistego, prywatnego i jakby ta historia była częścią mnie i choć nie do końca wszystko mi się podobało, bo dość wymagający ze mnie odbiorca, to na prawdę wczułam się w ten film. Miłość bohaterów pokazana całkiem ciekawie, jednak tym co najbardziej mnie urzekło było ukazanie życia rodzinnego Hall'ów.

Na koniec chciałabym wziąć pod lupę stronę muzyczno-dźwiękową filmu, która fajnie została wpasowana do filmu i wszystko ładnie i płynnie ze sobą współgrało. Nie zabrakło oczywiście klasyki i trochę mocniejszych kawałków (ale tylko trochę mocniejszych) Ogólnie ze ścieżki dźwiękowej jestem zadowolona.




(*W filmie zdanie to brzmi inaczej.)

piątek, 12 września 2014

The Unbecoming of Mara Dyer | Mara Dyer. Tajemnica Michelle Hodkin - recenzja

Powinnam zapłakać. Ale nie mogłam.

Witam serdecznie! Czy znacie to uczucie, kiedy czekacie na pojawienie się jakiejś książki w Polsce, czujecie, że to może być to coś i...

I to faktycznie jest to coś, ja właśnie to uczucie miałam okazję odczuć na własnej skórze. Na książkę Hodkin czekałam dwa lata, odkąd to usłyszałam o niej po raz pierwszy (później emocje trochę przygasły, abym przez ostatni rok mogła ciągle się denerwować, że jeszcze jej nie ma (i może nie będzie) jednak się doczekałam i po raz pierwszy zamówiłam nawet książkę w przedsprzedaży) a teraz: do rzeczy.

Mara Dyer budzi się w szpitalu, nie pamiętając skąd się tam wzięła. Wydawałoby się, że już nic gorszego nie może jej spotkać. A jednak... To, iż nie pamięta momentu wypadku, w którym zginęli jej przyjaciele, podczas gdy ona sama w przedziwny sposób ocalała, budzi w niej podejrzenia, że kryje się za tym coś więcej. Ma rację.

Od pierwszych stron książka emanuje aurą tajemniczości. Ja jako fanka takich tajemniczych, pobudzających wyobraźnie rozwiązań zarówno w literaturze jak i w filmie po prostu nie mogłam się oderwać. Książka faktycznie ową obiecywaną mi przez wielu ludzi tajemnicę zawiera i to całkiem dobrze rozwiniętą. Napięcie jest odpowiednio budowane, a styl pisania autorki świetnie się zgrywa z całością, więc czyta się przyjemnie. Trudno było mi się oderwać. 

Książka jest idealnym miksem typowego YA, tajemnicy, romansu (trochę zbyt dużej ilości romansu), czasem z lekką nutą horrorystyczną, szczyptą (nie taką znowu małą) komedii i przyjemnie wprowadzoną stronę psychologiczną. Takie połączenie sprawia, że jestem oczarowana tą książką i mam ochotę na więcej. 

Bohaterowie zostali wykreowani w ciekawy sposób, autorka nie spłyciła ich, czego się mimo wszystko trochę spodziewałam. Bardzo fajne ukazanie życia wewnętrznego tytułowej bohaterki jest dla mnie wielkim plusem. No i oczywiście dostajemy super przystojniaka (bo przecież musi być przystojny jak z żurnala, nie może być przeciętny, no gdzieżby tam), który o zgrozo zainteresował się właśnie naszą bohaterką (no bo czemu by nie?!) Tutaj rozwiązanie na jest dość typowe, początkowa antypatia zmienia się w uczucie, ale ja jestem fanką schematów, więc mi to nie przeszkadza. Co do samej Mary jestem usatysfakcjonowana kreacją postaci, może dziewczyna jest trochę zagubiona, czego raczej się nie chwali, ale ma do tego prawo. Postaci poboczne raczej nie irytują.
 Nie wiem co jeszcze wielce błyskotliwego mogłabym o tej książce napisać, bo wydaje mi się, że to jedna z tych o których trzeba się przekonać na własnej skórze (tylko proszę nie brać tego dosłownie, bo nie chciałabym się przyczynić do wzrostu odsetka zabójstw i samobójstw) Od siebie książkę serdecznie polecam, nie jest zbyt ciężka jakby mogło się na początku wydawać, ale pewnie też nie każdemu się spodoba.





poniedziałek, 1 września 2014

HOT! Witamy wrzesień.

Witam serdecznie!
Dzisiaj rozpoczął się wrzesień, dla wielu również szkoła. Dla mnie jest to PRAWDOPODOBNIE ostatni rok nauki (wyjdzie w praniu), dlatego jest to rok dość wyjątkowy. Oczywiście nie oszukujmy się, że zmienię się nagle w maniaczkę nauki, bo wiem doskonale, że to nigdy nie nastąpi. Muszę jednak przyznać, że na prawdę uwielbiam chodzić do szkoły (i przyswajać miliony niepotrzebnych mi do życia informacji). Nie jestem typem towarzyskiej osoby, ale mimo to szkolna rutyna i 'obcowanie' z innymi ludźmi jest dla mnie ciekawym doświadczeniem i trochę trudno mi sobie wyobrazić jakie to życie będzie nudne, kiedy szkołę już skończę. 
NIE o tym miał być jednak ten post, więc już przechodzę do rzeczy. Otóż wrzesień oznacza, że już niedługo powitamy jesień, co jest dla mnie bardzo miłym wydarzeniem, jako, że od jesieni już tylko rzut beretem do zimy, a jak już być może wiecie jestem totalnie zimową osobą i przez cały rok czekam na zimę, a kiedy już przychodzi to mogłaby trwać w nieskończoność. ALE, ale, ale, wróćmy na chwilę do jesieni, która to jest perfekcyjnym czasem czytelniczym i to właśnie jesienią (oraz zimą) moja książkowa aktywność jest największa, więc możecie liczyć na więcej recenzji i opinii. Ale! to znowu nie jest to o czym chciałam pisać (-.-)
 Bardzo bym chciała zachęcić do tego abyście Wy napisali (w komentarzu) jaki jest Wasz stosunek do szkoły, nauki, jesieni, zimy i ocieplenia klimatu (to niekoniecznie). Jeśli nie chodzicie już do szkoły to co najlepiej, najgorzej wspominacie. Dzisiejszy post jak już zapewne zauważyliście jest trochę inny. Serdecznie pozdrawiam wszystkich uczniów (i nie tylko) i zapraszam do podzielenia się swoją opinią. Obiecuję, że następny post będzie już mniej chaotyczny i bardziej rzeczowy, dzisiaj jednak pozwolę sobie na taki lekki, luźny post na powitanie nowego roku szkolnego.