czwartek, 21 stycznia 2016

Romeo i Julia (klasyka z przymróżeniem oka: trochę jak streszczenie)

Czas powiedzieć sobie prawdę: Romeo i Julia to najsłabsze ze wszystkich znanych mi dzieł Williama Sheakspeare'a (czy jak wolicie Szekspira) - nie zaprotestowaliście kiedy zaproponowałam pisanie postów nie tylko o nowościach czytelniczych, więc teraz znowu jesteście skazani na bluźniercze herezje mojego autorstwa. 
 Pragnę od razu zaznaczyć, że uwielbiam Szekspira i o ile nie rozumiem idei czytania dramatów (które moim zdaniem powinno się oglądać na scenie, a nie czytać: nie oszukujmy się: to jest scenariusz i o ile nie jesteście aktorem, który za chwilę wyjdzie na scenę odegrać Otella to niewielką zabawą jest czytanie utworów dramatycznych) o tyle dzieła autora całkiem szczerze uwielbiam i mam na moim czytelniczym koncie kilka z nich, ba: planuję mieć wszystkie, a jedną z moich życiowych aspiracji jest obejrzenie ich na scenie, najchętniej w oryginale (to by było coś). 
 W tym roku przypada okrągła rocznica śmierci autora co śmiało wzbudzić we mnie promyk nadziei na więcej Szekspira na deskach teatrów...i po obejrzeniu (dość przeciętnej) filmowej wersji Makbeta być może na jakieś ciekawe ekranizacje (i chociaż w zapowiedziach cicho, ja nadal mam nadzieję) i tutaj zbliżamy się do pełnego napięcia zwrotu akcji kiedy to zdałam sobie sprawę z przykrego faktu, że Romeo i Julia to jeden z najczęściej odgrzewanych dramatów Szekspira (no, bo jest jeszcze Hamlet). Zarówno na scenie jak i na ekranach kin te dwa dramaty goszczą najczęściej. Zostawmy jednak Hamleta, bo to akurat historia dosyć ciekawe i zastanówmy się przez chwilę nad fenomenem tego wątpliwego love story.
 Możliwe, że się czepiam i lubię sobie ponarzekać, ale do mnie ta historia nie trafia i osobiście nie mogę pogodzić się z tym, że wśród tylu niesamowitych dzieł Szekspira akurat ten stały się szczególnie "popularny". O ile większość dramatów pana Williama faktycznie ma "jakiś tam" przekaz i "czegoś tam" w mniejszym lub większym stopniu może nas nauczyć o tyle w tym (notabene jednym z najbardziej znanych) ja nie znalazłam tego co podobno powinnam.

Romeo i Julia w wielkim skrócie przedstawia się mniej więcej jakoś tak: Młodzieniec imieniem Romeo idzie na bal, na którym poznaje Julię pochodzącą z rodu zwaśnionego z rodziną bohatera. Naszą parkę trochę zbytnio ponosi melanż, zakochują się w sobie, ale jako, że ich rodziny się nie lubią muszą wziąć potajemny ślub, zaciukać kilku kozaków, którzy stają im na drodze, aby finalnie umrzeć przez dość niefortunne porozumienie (prosto mówiąc oboje popełnili samobójstwo). Moglibyście pomyśleć sobie "o co jej chodzi?: w sumie dość dramatyczna, smutna historia o miłości" Może i byłabym w stanie zgodzić się z pięknem całej sytuacji gdyby nie dwie drobne sprawy: 1. Akcja toczy się przez 5 dni: tak, w pięć dni poznają się, zakochują w sobie, biorą cichy ślub, zostają rozdzieleni, obmyślają ciekawy plan i popełniają samobójstwo, po drodze robiąc jeszcze kilka mądrych rzeczy dla urozmaicenia akcji. 2. Ciekawe jest samo samobójstwo naszych bohaterów: Romeo odnajduje Julię, która kolokwialnie rzecz ujmując po zażyciu jakichś podejrzanych substancji, kompletnie spizgana wygląda na martwą, więc nasz bohater: jak na rozsądnego posiadacza tylko jednej półkuli przystało stwierdził, że życie bez ukochanej to w sumie trochę bez sensu i zdecydował się na śmierć przez niedo*banie mózgowe, a jako, że głupota sama w sobie raczej mimo wszystko nie zabija, Romeo musiał sobie trochę pomóc trucizną. No i to byłby pewnie piękny koniec gdyby nie fakt, że narkotyki przestały działać i Julia odzyskuje świadomość, a tu Romeo kopnął w kalendarz. Jako, że nasi bohaterowie świetnie się dopasowali pod kątem poziomu rozwoju intelektualnego: Julia, jako, że miała już 14 lat stwierdziła chyba, że w sumie to 'Już po ptakach, nie ma opcji, nie zarucha, nie ma już po co żyć' i świetną zabawą będzie przebicie się sztyletem.  

Proszę, nie próbujcie mi wmówić, że to taka piękna historia o wiecznej miłości, bo tak nie jest...nie podważam tu takich pięknych idei jak miłość od pierwszego wejrzenia, bo chodzi mi tu o coś zgoła innego: rozumiem: zwaśnione rody, wielka miłość etc. ale nie oszukujmy się najrówniej to nasza parka pod kopułą nie miała. Chyba, że dramat miał na celu zachęcanie rozchwianych emocjonalnie ludzi do popełniania samobójstw po drobnych niepowodzeniach miłosnych. Zdaję sobie sprawę, ze w czasach kiedy akcja książki miała miejsce to zatarg między rodzinami zakochanych faktycznie mógł stanowić ogromny problem, ale takie jego rozwiązanie (niezależnie od czasów) to głupota, zwłaszcza biorąc pod uwagę irracjonalną "długość" trwania akcji. 

Rozumiem oczywiście, że są na pewno osoby, którym ta historia faktycznie wydaje się super i naprawdę to szanuję, bo doskonale wiem, że nie wszyscy myślą takimi kategoriami jak ja. Mimo to spójrzmy na tę historię pod kątem logiki zachowań bohaterów, czy nawet samej akcji...moim zdaniem ten akurat dramat nie zasłużył na swoją popularność, zwłaszcza jeśli miałabym go ustawić na tle innych dzieł Szekspira jakie było mi dane poznać.

Z mojej strony to już chyba wszystko na temat Romea i Julii wątek Williama Szekspira na pewno jeszcze się na blogu pojawi (najpewniej w okolicach wspomnianej rocznicy), planuję też napisać o moich ulubionych dziełach autora. Niebawem możecie liczyć również na recenzję, której pisanie idzie dość opornie, w czym nie pomaga mi zbliżająca się sesja, ale na dniach powinnam skończyć i kiedy tylko tak się stanie notka się pojawi. Jeśli chcielibyście przeczytać recenzje z elementami streszczenia jak ta powyżej to jestem elastyczna na propozycje (chociaż w takich recenzjach w grę wchodzą tylko klasyki, czy też lektury szkolne, okrutnie byłoby tak spoilerować nowościami) 


  
Do zobaczenia niebawem, pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia, nocy, weekendu, tygodnia (niepotrzebne skreślić)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz