czwartek, 14 stycznia 2016

Możesz łamać kulturowe konwenanse! (O krytyce słów kilka)

Witajcie! 
Od jakiegoś czasu moją głowę zaprzątają pewne przemyślenia natury kulturowej. Chodzi mi o sprawę związaną nie koniecznie tylko z literaturą, bo dotyczy ona także muzyki i zapewne również innych dziedzin sztuki, którymi jednak nie interesuję się w tak dużym stopniu by się na ich temat wypowiadać (nie wyznaję zasady "nie wiem, to się wypowiem"). Zjawiskiem (chyba tak to można nazwać), które w pewnym stopniu mnie irytuje jest fakt istnienia w naszej kulturze pewnych "świętości", o których nie można powiedzieć złego słowa nie narażając się na falę nienawiści zmierzającej w naszą stronę. 

Są w literaturze (i muzyce) takie utwory, które po prostu MUSZĄ Ci się podobać. Nie oszukujmy się: nie wszystko co nosi wygodną metkę klasyki, legendy, ważnego elementu dziedzictwa kulturowego narodu etc. musi Ci odpowiadać, a jednak jakaś mniejsza lub większa część otoczenia, ba: całego społeczeństwa próbuje wmówić mi, że ta książka/ten utwór/zespół jest super, tylko ja jestem zbyt głupia żeby to zrozumieć. "Najwidoczniej nie jesteś wystarczająco dojrzała żeby zrozumieć przesłanie/treść". Z tym, że: można rozumiejąc przesłanie utworu nadal uważać go za gówno (sorry). Osobiście nie uważam się za debila tylko dla tego, że dzieła Mickiewicza działają na mnie jak podwójna dawka Xanaxu. Nie uważam też tego za powód do wstydu. Napotkałam kiedyś w internecie dość gorącą dyskusję pod streszczeniem Pana Tadeusza (Tak, zgadza się nie przeczytałam Pana Tadzia i nie jest mi z tego powodu jakoś szczególnie źle, dodam od siebie, że już samo streszczenie wywołało u mnie chęć mordu). NIKT mi nie wmówi, że znajomość jakiejś książki/poematu/epopei, traktującej o życiu szlachty w tysiąc osiemset którymś roku czyni ze mnie lepszego człowieka, tak samo jak jej nie znajomość nie czyni ze mnie debila. Wracając jednak do wspomnianej dyskusji przedstawiała się ona mniej więcej właśnie tak, że jedna osoba skrytykowała (dość konstruktywnie) to dzieło i została tak zmieszana z błotem przez wszystkich tych MĄDRYCH i INTELIGENTNYCH, że zaczęłam się zastanawiać kiedy słowo BUC stało się synonimem mądrości, czy inteligencji (to jednak chyba obszerny temat na inną notkę, więc dajcie znać co sądzicie o częstszych tego typu postach). -Oczywiście żeby nie było, że wsiadłam na biednego Mickiewicza, to nie przepadam za większością wybitnych polskich twórców. Z resztą: nie zawężajmy tego tylko do literatury rodzimej, bo jest wiele klasyków, które mnie się nie podobają (zasypiam też przy Tolkienie i Romeo i  Julii chociaż Szekspir jest jednym z moich ulubionych twórców). 

 Rozumiem oczywiście, że nawet jeśli mnie te utwory nie podchodzą, to mogę się one podobać innym i szanuję to. Zmierzam jednak do tego, że nie powinniśmy "bać się" mówienia źle o czymś tylko dlatego, że ktoś kiedyś uznał, że to jest tak wybitne i ponadczasowe, że musi podobać się każdemu kto jest oczywiście na tyle mądry żeby ten utwór docenić. Osobiście uważam, że to gówno-prawda: znaczy owszem, zgodzę się z tym, że nie każdy utwór jest przeznaczony dla każdego, ale umówmy się: nie każdy jest pasjonatem czytania o tym jak szlachcice jedzą obiad, albo gromada dość niskich typków lata po świecie z pierścionkiem, który wypadałoby zniszczyć.Przepraszam Was, że posługuję się tak niewielką ilością przykładów (i tak wjechałam na biednego Tadzia, ale to akurat dla mnie najlepszy przykład) Wiem, że ta notka może się wydawać trochę atakiem na klasykę, ale nie ma tego na celu, bo jest też wiele utworów, które uważam za naprawdę dobre i wywarły na mnie ogromne wrażenie [żeby nie być gołosłowną powołam się tu na przykład na Fausta (dzięki,któremu miałam wysoki wynik na rozszerzonej maturze: dziękuje panie Goethe), czy choćby Boską Komedię, lub twórczość niektórych polskich poetów], chodzi mi po prostu o to, że w naszej kulturze funkcjonuje zasada(?), że nie mówi się, źle o pewnych utworach, ja uważam, że krytyka nie może być ograniczana w ten sposób. Nie jest przecież tak, że biegasz po ulicy i krzyczysz do każdej napotkanej osoby, że nie podobała Ci się jakaś książka, ale w sytuacji gdy przychodzi do rozmowy na temat literatury/kinematografii/muzyki, czy czegokolwiek i ktoś Cię pyta o zdanie to nie uważam za powód do wstydu to, że coś nie trafiło w Twój gust. Poruszyłam ten temat, bo naprawdę są ludzie, którzy potrafią zgnoić kogoś za jego szczerą opinię. Mówi się, że są utwory, których się nie rusza, nie ocenia (bo z założenia są takie niesamowite?), ja jestem zdania, że utwór nie ważne czy jest współczesny, czy też przyklejono mu łatkę ponadczasowej klasyki nadal pozostaje utworem, który na dobrą sprawę każdy może sobie odbierać i interpretować w taki sposób w jaki chce. To, że utwór jest 'stary' nie czyni z niego nietykalnego. Ja na blogu zajmuję się głównie nowościami (książkami napisanymi po 2000 roku), bo wiem, że o tym najchętniej czytają moi odbiorcy, nie recenzuję tutaj dzieł 'wiekowych', bo niezbyt często je czytam, a jeśli już to zazwyczaj jest to poezja, którą raczej ciężko "zrecenzować". Umówmy się: znaczna część dawnych utworów jest napisana tak nieprzystępnym językiem, że ja osobiście nie czuję przyjemności z czytania ich, a tym właśnie powinno być spotkanie ze sztuką: przyjemnością. 
 Jeśli ktoś Wam mówi, że MUSICIE coś przeczytać, to wiedzcie, że nie musicie: nigdy nie czytałam niczego wbrew sobie: jeśli zaczęłam i po jakimś czasie miałam ochotę gryźć okładki z frustracji: przestawałam czytać i nigdy nie bałam się do tego przyznać. Jeśli czytanie jakiegoś wątpliwego dzieła jest dla Ciebie torturą to przestań, z czytania powinniśmy czerpać radość. I nie musisz też przytakiwać, jakie to cudownie nie jest ów dzieło, jeśli Twoim zdaniem wcale takie nie jest. Krytyka dzieła jest dla mnie ważna niemal tak jak samo dzieło i jeśli coś oceniasz kieruj się tylko i wyłącznie swoimi odczuciami, a nie tym co wypada, bądź nie wypada powiedzieć. Nie podoba mi się narzucanie ludziom w jaki sposób mają odbierać sztukę, literaturę, muzykę. W przypadku nowych utworów nie występuje to zbyt często, ale właśnie gdy przekraczamy granice wieku, czy dwóch od razu bardziej musimy uważać na to co mówimy o utworach, żeby przypadkiem nie urazić 'pamięci' o twórcy...to, że Pan Mickiewicz nie żyje nie oznacza, ze jego twórczość musi mi się podobać. Czasami wydaje mi się jakby większość ludzi uważała, że kiedy krytykuje się utwór(zwłaszcza kiedy twórcy nie ma już wśród nas), to tak jakby obrażać jego autora, co nie jest prawdą (ba: jest zwyczajnie niedorzeczne)

Jeśli tego typu notka przypadła Wam do gustu i chcecie więcej takich "rozważań", to dajcie znać, możecie też podać co Was szczególnie boli, zastanawia, dręczy, być może napiszę na ten temat. Pozdrawiam serdecznie, miłego dnia (; 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz