niedziela, 9 listopada 2014
MOVIEWORLD: Čarlston za Ognjenku (2008) Łzy na sprzedaż
Metafora tak wielka, że nie wiesz, czy w ogóle jest metaforą...
Miłość...
Pożądanie...
Samotność... Tak wielkie, że nie wiesz...
Serbia po Pierwszej Wojnie Światowej. Wszyscy mężczyźni (nie licząc staruszka Bisy) zginęli. Wymyśloną wioskę zamieszkują tylko kobiety. Głównymi bohaterkami są Mała Boginka i jej siostra Ognjenka, które chcąc 'zaznać miłości' przyprawiają biednego staruszka o zawał, co z kolei skutkuje złością kobiet w wiosce. Kobiety postanawiają wyruszyć w podróż, aby sprowadzić do wioski nowych mężczyzn.
Ten film, to kawał dobrego, europejskiego kina, jakże różnego od tego czym zazwyczaj zawalani jesteśmy idąc do kina.
Baśniowy klimat, magia i miłość, a może brak miłości? Wiem, że nie jestem odpowiednią osobą do pisania o miłości, bo to jedna z tych rzeczy, o których mówić nie lubię, ale to nie jest kolejne filmidełko rodem z Hollywood(u) ze z góry przewidzianym biegiem wydarzeń, to film, który sprawił, że nawet ja zaczęłam się zastanawiać...
Do czego prowadzi brak miłości, ciepła, samotność i jak wielka może być ta samotność, jak bolesna. W sumie dość trudno ubrać mi w słowa to co chcę przekazać. Ten film cisnął mną o ziemie (mną i moimi zajeżdżającymi feminizmem poglądami), bo mimo całej tej bajkowej, magicznej oprawy jest tak do bólu dobry i prawdziwy, że jednokrotne obejrzenie to dla mnie za mało.
Jeśli tak jak ja lubicie się czasem trochę wysilić oglądając film, to ten zdecydowanie jest warty polecenia. Oglądając ten film poczułam, że mimo tego co mówię o miłości, czy kobietach nadal jestem kobietą...
poniedziałek, 6 października 2014
Prawie jak (nie)ludzie, Sally Green Half Bad
Rzeczy nie są dobre czy złe same w sobie.
Są takie, jakimi nam się wydają
William Shakespere, Hamlet
Nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich dni brakuje mi słów, zaczynam podejrzewać, że coś ze mną nie tak i pewnie po prostu zgłupiałam co jest przyczyną tej blokady.
Muszę przyznać, że nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tej książce, właściwie w ciemno ją zakupiłam w przedsprzedaży, bo zazwyczaj podobają mi się książki polecane na amerykańskim/angielskim booktubie. Ta książka to coś innego, coś bardzo realnego i prawdziwego mimo, że opowiada o magii. Ja odbieram ją na swój własny, pokręcony sposób i choć nie wiem czy był to najlepszy wybór po poprzedniej: Obsydianie, który był dla mnie czymś bardzo osobistym (chociaż prawdopodobnie nie jestem kosmitą), to wiem, że to dobry wybór w ogóle (trochę zagmatwałam, przepraszam)
Ja podczas czytania tej książki skupiałam się bardziej na tym w jaki sposób autorka pokazała bohaterów niż innych rzeczach, to książka dobra w kontekście behawioralnym pokazuje jak okrutnie potrafią być ludzie i jak bezsensowne potrafią być ich motywy.
Współczesna Anglia. Obok ludzi żyją czarodzieje i czarodziejki - biali (dobrzy) oraz czarownicy i czarownice - czarni (źli). Natan to syn czarodziejki i czarownika. Matka nie żyje, a ojciec ścigany jest przez Radę Białej Magii. Natan jest tak zwanym półkodem. Więziony w klatce, bity i poniżany przez białych (dobrych!!) Natan musi uciec aby odnaleźć ojca i otrzymać od niego trzy dary, by mógł zostać pełnoprawnym magiem inaczej umrze. Nie może ufać nikomu.
Sprawa bohaterów ogólnie jest dosyć ciekawa, bo choć ogólnie nie są to jakoś wyjątkowo niesamowicie dobrze zrobione postaci, to jednak łatwo (przynajmniej mnie było łatwo) poczuć się blisko nich. Nie mogę powiedzieć, że nikt mnie nie denerwował, bo to byłoby kłamstwo, denerwowali mnie wszyscy tak zwani biali, ci niby dobrzy, ale to jak sądzę był zamierzony efekt, bo takich okrutnych ludzi raczej się nie lubi (no chyba, że sam jesteś bestią?)
Nie wiem czy celem autorki było naświetlenie okrucieństwa ludzi w formie powieści fantastycznej, ale mniej więcej tak to według mnie wyszło. Książka zdecydowanie może skłonić do przemyśleń, choć wcale nie musi.
Sam pomysł był świetny, chociaż trochę trudno było mi sobie wyobrazić, że dzieje się to we współczesności. Jestem zadowolona z realizacji. Uważam książkę za poprawną, a momentami nawet bardzo dobrą. Niektórzy powiedzieliby coś w stylu "szału nie ma", ale myślę, że nie o szał tu chodziło, a przynajmniej taką mam nadzieję.
Styl pisania autorki sprawił, że czułam się na prawdę blisko z Natanem (chociaż może nie tylko styl pani Green to sprawił...) Książkę czytało się szybko i no powiedzmy, że przyjemnie, chociaż trudno może być czytać z przyjemnością o takim traktowaniu innego człowieka z jakim w Half Bad się spotykamy. Książka raczej nie należy do tych typowo "łatwych", ale zdecydowanie jest dobra. Nie wiem co jeszcze mogłabym napisać, wiec po prostu rekomenduję książkę Sally Green, myślę, że warto po nią sięgnąć, a sprawą czytelnika będzie to jak ją odbierze.
Ja podczas czytania tej książki skupiałam się bardziej na tym w jaki sposób autorka pokazała bohaterów niż innych rzeczach, to książka dobra w kontekście behawioralnym pokazuje jak okrutnie potrafią być ludzie i jak bezsensowne potrafią być ich motywy.
Współczesna Anglia. Obok ludzi żyją czarodzieje i czarodziejki - biali (dobrzy) oraz czarownicy i czarownice - czarni (źli). Natan to syn czarodziejki i czarownika. Matka nie żyje, a ojciec ścigany jest przez Radę Białej Magii. Natan jest tak zwanym półkodem. Więziony w klatce, bity i poniżany przez białych (dobrych!!) Natan musi uciec aby odnaleźć ojca i otrzymać od niego trzy dary, by mógł zostać pełnoprawnym magiem inaczej umrze. Nie może ufać nikomu.
Sprawa bohaterów ogólnie jest dosyć ciekawa, bo choć ogólnie nie są to jakoś wyjątkowo niesamowicie dobrze zrobione postaci, to jednak łatwo (przynajmniej mnie było łatwo) poczuć się blisko nich. Nie mogę powiedzieć, że nikt mnie nie denerwował, bo to byłoby kłamstwo, denerwowali mnie wszyscy tak zwani biali, ci niby dobrzy, ale to jak sądzę był zamierzony efekt, bo takich okrutnych ludzi raczej się nie lubi (no chyba, że sam jesteś bestią?)
Nie wiem czy celem autorki było naświetlenie okrucieństwa ludzi w formie powieści fantastycznej, ale mniej więcej tak to według mnie wyszło. Książka zdecydowanie może skłonić do przemyśleń, choć wcale nie musi.
Sam pomysł był świetny, chociaż trochę trudno było mi sobie wyobrazić, że dzieje się to we współczesności. Jestem zadowolona z realizacji. Uważam książkę za poprawną, a momentami nawet bardzo dobrą. Niektórzy powiedzieliby coś w stylu "szału nie ma", ale myślę, że nie o szał tu chodziło, a przynajmniej taką mam nadzieję.
Styl pisania autorki sprawił, że czułam się na prawdę blisko z Natanem (chociaż może nie tylko styl pani Green to sprawił...) Książkę czytało się szybko i no powiedzmy, że przyjemnie, chociaż trudno może być czytać z przyjemnością o takim traktowaniu innego człowieka z jakim w Half Bad się spotykamy. Książka raczej nie należy do tych typowo "łatwych", ale zdecydowanie jest dobra. Nie wiem co jeszcze mogłabym napisać, wiec po prostu rekomenduję książkę Sally Green, myślę, że warto po nią sięgnąć, a sprawą czytelnika będzie to jak ją odbierze.
sobota, 4 października 2014
Recenzja, której NIE MA: Obsydian, Jennifer L. Armentrout
Książki były konieczną ucieczką, którą zawsze podejmowałam z radością.
Są książki po których przeczytaniu mam ochotę zatrzymać je tylko dla siebie i z nikim się nimi nie dzielić. Taką książką jest dla mnie Obsydian. Długo myślałam, że napiszę recenzję, ale po prostu nie jestem w stanie, tak książka z niewiadomych nawet dla mnie samej powodów jest czymś tak osobistym i prywatnym, że nie dam rady tak po prostu o niej napisać, bo nie byłabym w stanie ubrać tego co chcę przekazać w słowa. Wiem, że liczyliście na moje niezwykle błyskotliwe komentarze (przepraszam za tę dozę ironii, ale książka jeszcze mnie trzyma i chyba jeszcze długo będzie) niestety tym razem recenzja się nie dokonała, przepraszam serdecznie.
Zastanawiacie się pewnie "Po co więc jest ten post?", otóż nie mogłam też tak po prostu nie wspomnieć w ogóle o tym, że z książką się zaznajomiłam, zwłaszcza, że dostałam od niej porządnego, emocjonalnego kopa, ocena jakby nie było musi zostać wystawiona, chociaż dla mnie książka nie mieści się w zwykłych ramach.
Chciałam również przeprosić za moje dość długie milczenie, ale nie miałam zbyt wiele czasu na sprawy pozaszkolne. Obiecuję, że się poprawię i będę Was niebawem znowu zamęczać moimi przemyśleniami i nie zawsze miłymi i kulturalnymi komentarzami.
niedziela, 14 września 2014
If I Stay - Film
True Love is a Bitch
Dawno, dawno temu, w odległym 2011 czytałam książkę "Jeśli zostanę" - nie podobała mi się. Nie znosiłam wtedy tego typu książek (nadal za nimi nie przepadam), więc po prostu uznałam ją za trochę słabą i naiwną. Kiedy usłyszałam o planach zrobienia filmu, nawet nie pamiętałam o tej książce i na ekranizacje bynajmniej się nie wybierałam, aż zobaczyłam jeden ze zwiastunów i ten jeden zwiastun już pierwszymi słowami sprawił, że postanowiłam, że na film iść muszę, nie ważne, że książka nie zrobiła na mnie wrażenia (z resztą było to trzy lata wcześniej, a gusta się modyfikują) no i oczywiście jak zwykle, dzień po premierze w kraju udałam się do kina.
Nie będę tym razem w ogóle porównywać filmu z książką, bo właściwie jej nie pamiętam, napiszę tylko o moich odczuciach po seansie (i króliczych oczach po wyjściu z sali kinowej)
Mia Hall (Chloe Grace Mortez) to nieśmiała, niezwykle utalentowana dziewczyna, która stoi przed najtrudniejszym życiowym wyborem. Jeśli zdecyduje się opuścić dom by podążać za muzycznymi marzeniami, straci miłość swojego życia. Wszystko zmienia się w wyniku pewnego wydarzenia, a Mia zawieszona przez jeden dzień między życiem a śmiercią musi zdecydować, po której stronie zostanie. Czy wielka miłość przezwycięży niepewność i strach?
Po pierwsze: obsada! W Adama, wspomnianą wielką miłość dziewczyny (tak, piszę dziewczyny bo nie wiem jak odmienić to imię po Polsku, a nieodmienione wyglądało by dziwnie) wcielił się Jamie Blackley (pierwszy raz słyszę o tym aktorze) i ogólnie poradził sobie z rolą, chociaż ja bym raczej obsadziła w tej roli kogoś innego. Mia zagrana przez Chloe Grace, którą jako aktorkę bardzo lubię również dobrze wykonała swoje zadanie i w ogólnym rozrachunku jako para wypadli poprawnie. Jednak pomijając tę dwójkę moim zdaniem najlepiej swoje role odegrali Mireille Enos i Joshua Leonard, jako rodzice Mii(?)
Falling in Love with Adam was like Learning to Fly*
Ogólnie film zrobiony został poprawnie, ale myślę, że mogło być lepiej, nie skupiałabym się jednak w przypadku filmów takich jak ten na wykonaniu i sprawach technicznych, na które zazwyczaj zwracam uwagę. Tutaj jednak trzeba się skupić na samej historii, na jakby nie patrzeć tragicznej historii, wzruszającej i (chyba) nawet pięknej. Ja bynajmniej płakałam niemal co chwila. Trudno mi to opisać, ale podczas oglądania filmu (przynajmniej takie było moje odczucie) czułam się jakby to było coś osobistego, prywatnego i jakby ta historia była częścią mnie i choć nie do końca wszystko mi się podobało, bo dość wymagający ze mnie odbiorca, to na prawdę wczułam się w ten film. Miłość bohaterów pokazana całkiem ciekawie, jednak tym co najbardziej mnie urzekło było ukazanie życia rodzinnego Hall'ów.
Na koniec chciałabym wziąć pod lupę stronę muzyczno-dźwiękową filmu, która fajnie została wpasowana do filmu i wszystko ładnie i płynnie ze sobą współgrało. Nie zabrakło oczywiście klasyki i trochę mocniejszych kawałków (ale tylko trochę mocniejszych) Ogólnie ze ścieżki dźwiękowej jestem zadowolona.
piątek, 12 września 2014
The Unbecoming of Mara Dyer | Mara Dyer. Tajemnica Michelle Hodkin - recenzja
Powinnam zapłakać. Ale nie mogłam.
Witam serdecznie! Czy znacie to uczucie, kiedy czekacie na pojawienie się jakiejś książki w Polsce, czujecie, że to może być to coś i...
I to faktycznie jest to coś, ja właśnie to uczucie miałam okazję odczuć na własnej skórze. Na książkę Hodkin czekałam dwa lata, odkąd to usłyszałam o niej po raz pierwszy (później emocje trochę przygasły, abym przez ostatni rok mogła ciągle się denerwować, że jeszcze jej nie ma (i może nie będzie) jednak się doczekałam i po raz pierwszy zamówiłam nawet książkę w przedsprzedaży) a teraz: do rzeczy.
Mara Dyer budzi się w szpitalu, nie pamiętając skąd się tam wzięła. Wydawałoby się, że już nic gorszego nie może jej spotkać. A jednak... To, iż nie pamięta momentu wypadku, w którym zginęli jej przyjaciele, podczas gdy ona sama w przedziwny sposób ocalała, budzi w niej podejrzenia, że kryje się za tym coś więcej. Ma rację.
Od pierwszych stron książka emanuje aurą tajemniczości. Ja jako fanka takich tajemniczych, pobudzających wyobraźnie rozwiązań zarówno w literaturze jak i w filmie po prostu nie mogłam się oderwać. Książka faktycznie ową obiecywaną mi przez wielu ludzi tajemnicę zawiera i to całkiem dobrze rozwiniętą. Napięcie jest odpowiednio budowane, a styl pisania autorki świetnie się zgrywa z całością, więc czyta się przyjemnie. Trudno było mi się oderwać.
Książka jest idealnym miksem typowego YA, tajemnicy, romansu (trochę zbyt dużej ilości romansu), czasem z lekką nutą horrorystyczną, szczyptą (nie taką znowu małą) komedii i przyjemnie wprowadzoną stronę psychologiczną. Takie połączenie sprawia, że jestem oczarowana tą książką i mam ochotę na więcej.
Bohaterowie zostali wykreowani w ciekawy sposób, autorka nie spłyciła ich, czego się mimo wszystko trochę spodziewałam. Bardzo fajne ukazanie życia wewnętrznego tytułowej bohaterki jest dla mnie wielkim plusem. No i oczywiście dostajemy super przystojniaka (bo przecież musi być przystojny jak z żurnala, nie może być przeciętny, no gdzieżby tam), który o zgrozo zainteresował się właśnie naszą bohaterką (no bo czemu by nie?!) Tutaj rozwiązanie na jest dość typowe, początkowa antypatia zmienia się w uczucie, ale ja jestem fanką schematów, więc mi to nie przeszkadza. Co do samej Mary jestem usatysfakcjonowana kreacją postaci, może dziewczyna jest trochę zagubiona, czego raczej się nie chwali, ale ma do tego prawo. Postaci poboczne raczej nie irytują.
Nie wiem co jeszcze wielce błyskotliwego mogłabym o tej książce napisać, bo wydaje mi się, że to jedna z tych o których trzeba się przekonać na własnej skórze (tylko proszę nie brać tego dosłownie, bo nie chciałabym się przyczynić do wzrostu odsetka zabójstw i samobójstw) Od siebie książkę serdecznie polecam, nie jest zbyt ciężka jakby mogło się na początku wydawać, ale pewnie też nie każdemu się spodoba.
poniedziałek, 1 września 2014
HOT! Witamy wrzesień.
Witam serdecznie!
Dzisiaj rozpoczął się wrzesień, dla wielu również szkoła. Dla mnie jest to PRAWDOPODOBNIE ostatni rok nauki (wyjdzie w praniu), dlatego jest to rok dość wyjątkowy. Oczywiście nie oszukujmy się, że zmienię się nagle w maniaczkę nauki, bo wiem doskonale, że to nigdy nie nastąpi. Muszę jednak przyznać, że na prawdę uwielbiam chodzić do szkoły (i przyswajać miliony niepotrzebnych mi do życia informacji). Nie jestem typem towarzyskiej osoby, ale mimo to szkolna rutyna i 'obcowanie' z innymi ludźmi jest dla mnie ciekawym doświadczeniem i trochę trudno mi sobie wyobrazić jakie to życie będzie nudne, kiedy szkołę już skończę.
NIE o tym miał być jednak ten post, więc już przechodzę do rzeczy. Otóż wrzesień oznacza, że już niedługo powitamy jesień, co jest dla mnie bardzo miłym wydarzeniem, jako, że od jesieni już tylko rzut beretem do zimy, a jak już być może wiecie jestem totalnie zimową osobą i przez cały rok czekam na zimę, a kiedy już przychodzi to mogłaby trwać w nieskończoność. ALE, ale, ale, wróćmy na chwilę do jesieni, która to jest perfekcyjnym czasem czytelniczym i to właśnie jesienią (oraz zimą) moja książkowa aktywność jest największa, więc możecie liczyć na więcej recenzji i opinii. Ale! to znowu nie jest to o czym chciałam pisać (-.-)
Bardzo bym chciała zachęcić do tego abyście Wy napisali (w komentarzu) jaki jest Wasz stosunek do szkoły, nauki, jesieni, zimy i ocieplenia klimatu (to niekoniecznie). Jeśli nie chodzicie już do szkoły to co najlepiej, najgorzej wspominacie. Dzisiejszy post jak już zapewne zauważyliście jest trochę inny. Serdecznie pozdrawiam wszystkich uczniów (i nie tylko) i zapraszam do podzielenia się swoją opinią. Obiecuję, że następny post będzie już mniej chaotyczny i bardziej rzeczowy, dzisiaj jednak pozwolę sobie na taki lekki, luźny post na powitanie nowego roku szkolnego.
Dzisiaj rozpoczął się wrzesień, dla wielu również szkoła. Dla mnie jest to PRAWDOPODOBNIE ostatni rok nauki (wyjdzie w praniu), dlatego jest to rok dość wyjątkowy. Oczywiście nie oszukujmy się, że zmienię się nagle w maniaczkę nauki, bo wiem doskonale, że to nigdy nie nastąpi. Muszę jednak przyznać, że na prawdę uwielbiam chodzić do szkoły (i przyswajać miliony niepotrzebnych mi do życia informacji). Nie jestem typem towarzyskiej osoby, ale mimo to szkolna rutyna i 'obcowanie' z innymi ludźmi jest dla mnie ciekawym doświadczeniem i trochę trudno mi sobie wyobrazić jakie to życie będzie nudne, kiedy szkołę już skończę.
NIE o tym miał być jednak ten post, więc już przechodzę do rzeczy. Otóż wrzesień oznacza, że już niedługo powitamy jesień, co jest dla mnie bardzo miłym wydarzeniem, jako, że od jesieni już tylko rzut beretem do zimy, a jak już być może wiecie jestem totalnie zimową osobą i przez cały rok czekam na zimę, a kiedy już przychodzi to mogłaby trwać w nieskończoność. ALE, ale, ale, wróćmy na chwilę do jesieni, która to jest perfekcyjnym czasem czytelniczym i to właśnie jesienią (oraz zimą) moja książkowa aktywność jest największa, więc możecie liczyć na więcej recenzji i opinii. Ale! to znowu nie jest to o czym chciałam pisać (-.-)
Bardzo bym chciała zachęcić do tego abyście Wy napisali (w komentarzu) jaki jest Wasz stosunek do szkoły, nauki, jesieni, zimy i ocieplenia klimatu (to niekoniecznie). Jeśli nie chodzicie już do szkoły to co najlepiej, najgorzej wspominacie. Dzisiejszy post jak już zapewne zauważyliście jest trochę inny. Serdecznie pozdrawiam wszystkich uczniów (i nie tylko) i zapraszam do podzielenia się swoją opinią. Obiecuję, że następny post będzie już mniej chaotyczny i bardziej rzeczowy, dzisiaj jednak pozwolę sobie na taki lekki, luźny post na powitanie nowego roku szkolnego.
niedziela, 24 sierpnia 2014
26.Liz Braswell - Dziewięć żyć Chloe King. Upadła - recenzja
Kto nie ryzykuje, ten przegrywa dwa raz
Witam wszystkich serdecznie, dziś mam zaszczyt przedstawić Wam książkę pod tytułem Nie wiem od czego zacząć, więc na wstępie opiszę ocenianą pozycję najprościej jak się da: TA książka to porażka.
Chloe King to normalna nastolatka, chodzi do szkoły, interesuje się chłopcami, kłóci się z mamą. Do czasu.W okolicy swoich 16-tych urodzin Chloe orientuje się, że ma bardzo szczególne zdolności…Zrobi wszystko żeby odkryć prawdę. Musi się spieszyć bo jej prześladowca cały czas czai się w cieniu, żeby znów zabić. Bo Chloe ma dziewięć żyć,
ale czy to wystarczy…?
Chloe ma dziewięć żyć (i to o 9 za dużo). Często przed przeczytaniem książki mam o niej wyrobiony jako taki pogląd, tutaj tak nie było. Niezbyt wiedziałam czego mam się spodziewać. Po książkę sięgnęłam ponieważ pomyślałam, że może być fajną odskocznią od aniołów, demonów itp. przyznaję, że "trochę jestem fanką" paranormali i tego typu klimatów, ponieważ są zazwyczaj lekką, niezobowiązującą lekturą i fajnie mi się je czyta. (zwykłych romansów nienawidzę) Dziewięć żyć... to jest [niecenzuralne słowo na "K"] jakiś patologiczny twór.
ALE od początku: Chloe jest
A teraz najlepsze, książka okazuje się być tanim porno dla ubogich, Chloe ma wieczną chcice i nie raczej nie ma zbyt sprawnych hamulców jeśli chodzi o zaspokajanie swojego pożądania (ale spokojnie, nie jest aż tak źle). Jednak co chwilę możemy się natknąć na fragment, w którym dziewczyna "gotuje się z pożądania", trochę tak jakby książkę pisała jakaś niewyżyta seksualnie nastolatka. Oczywiście nagle Chloe staje się strasznie atrakcyjna dla płci przeciwnej i "wszystkie niezłe ciacha na nią lecą", a ona oczywiście biedna, rozdarta nie ma z kim porozmawiać, bo Amy też przechodzi właśnie okres godowy. Ale, ale, ale Chloe nie bez powodu jest rozdarta. Adoruje ją przecież dwóch nieziemsko przystojnych młodych mężczyzn. Starszy od niej Brian, dziwny typek o jeszcze dziwniejszym stylu, oraz Alec, seksowny Rosjanin. (Chloe nadal jest rozdarta), aż tu nagle zaczyna na nią polować
Generalnie pomysł był ciekawy, ale to jak wykorzystała go autorka, nie jest nawet tragiczne, jest po prostu śmieszne i żenujące. Myślę jednak, że mimo wszystko kiedyś sięgnę po kolejną część, chciałabym się przekonać, czy Braswell jakoś może rozwinie te postacie, uczyni je dojrzalszymi, czy ciekawszymi. Póki co porażka na całej linii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















