Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket Photobucket

niedziela, 8 lutego 2015

Teoria Wszystkiego/ The Theory Of Everything (2014)

Niespecjalnie interesuje mnie fizyka, ale za to bardzo interesują mnie ludzie...
 Słyszeliście być może o Stephenie Hawkingu, astrofizyku chorym na stwardnienie zanikowe boczne. Nie jestem tu jednak bo to aby dawać Wam wykłady z astrofizyki, ani też medycyny, dlatego, jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o badaniach pana Hawkinga i o jego chorobie to zapraszam do innych źródeł.
 Dzisiaj chciałam skoncentrować się na filmie poświęconym Stephenowi Hawkingowi. Teoria Wszystkiego nie skupia się jednak na osiągnięciach naukowca, a na jego życiu. Film to opowieść o nim i jego żonie Jane, dwojgu ludziach, którzy dzięki miłości potrafili stawić czoła przeciwnościom losu 

Cóż właściwie więcej ponadto mogłabym napisać? Nie pozostaje mi nic innego jak zgodzić się z tym stwierdzeniem z ulotki reklamowej i iść dalej...ale tak się nie stanie, bo to nie byłoby w moim stylu.

Ten film to jest COŚ! I to nie jest małe "coś" przy czym mogłabym przejść obojętnie, to mistrzowski film. Wybaczcie pójdę teraz po słoiczek z wazeliną, bo zamierzam wleźć w tyłek wychwalić teraz samą realizacje. Film jest tak pięknie zrobiony pod względem technicznym, że o prostu niektóre sceny odbierają słowa. Dla mnie mistrzostwo. Dawno już nie widziałam tak dobrze zrobionego filmu, wtórym efekty nie są przesadzone i sztuczne. Niektóre obrazy czarują widza niesamowitością (no przynamniej mnie oczarowały) Technicznie film jest po prostu najlepszy.

Aktorzy moim zdaniem zostali perfekcyjnie i równie dobre są odgrywane przez nich role i mimo, że nie lubię Felicity Jones to jestem pozytywnie zaskoczona jej rolą.

Dziwnym byłoby gdybym nie wspomniała tutaj o soundtracku, gdyż jak już być może zauważyliście muzyka w filmach jest dla mnie rzeczą dość ważną. A w Teorii Wszystkiego muszę powiedzieć jest idealny. Wszystko świetnie do siebie pasuje i dobrze ze sobą współgra dopełniając tylko tę świetnie zrobioną część wizualną.

Nie będę się tu chyba rozpisywała o samej historii, bo to trochę trudne. Cóż: zupełnie inaczej ogląda się coś, czy czyta, wiedząc, że to miało miejsce, że Ci ludzie są prawdziwi i na prawdę zmagali się z tak wielkimi przeszkodami. Tego się nie da opisać...to po prostu trzeba zobaczyć.

 

środa, 21 stycznia 2015

Parada osobliwości w "Osobliwym domu Pani Peregrine" Ransom Riggs (Miss Peregrine House...)


Kiedy ktoś nie wpuszcza Cię do środka, w końcu przestajesz pukać do drzwi.
Są takie książki, które nic nie wnoszą do naszego życia i po przeczytaniu od razu o nich zapominamy...i są takie książki jak Osobliwy dom pani Peregrine
 Jako fascynatka tajemniczych rzeczy dawno już zwróciłam uwagę na ów osobliwy tytuł, ale jak to zwykle u mnie bywa, zawsze znajdowało się coś "ważniejszego" do kupienia i tak zakup tej pozycji (jak i wielu innych) przesuwał się i przesuwał, aż w końcu zażyczyłam sobie tę książkę na święta. Jak wspominałam już niejednokrotnie, nie mam ostatnio czasu na czytanie, muszę ze wstydem przyznać się, że rozpoczęłam czytanie kilku książek, ale żadna nie wciągnęła mnie aż tak i leżą teraz takie biedne, pozaczynane i porzucone...ale: do rzeczy!
 Cóż właściwie można napisać o tej książce:
 Życie Jacoba nie zapowiadało się ekscytująco. Pogodził się z myślą, że nigdy nie zostanie odkrywcą i nigdy nie będzie miał wielu przyjaciół. Ważne miejsce w jego życiu zajmował dziadek. To on najbardziej mu imponował i to on opowiadał mu najlepsze historie na dobranoc o pogodnym sierocińcu na walijskiej wysepce, ukrytym przed złem, wojną i potworami… Aż pewnego dnia dziadek Portman umarł w niejasnych okolicznościach. I wtedy wszystko się zaczęło…
Jacob wraz z ojcem wyrusza na wyspę, na której niegdyś mieszkał jego dziadek aby poradzić sobie z traumatycznymi przeżyciami. Ludzie w otoczeniu Jacoba uważają, że po śmierci dziadka ten ma problemy z psychiką...jednak, czy aby na pewno jest to prawdą, czy może tak fascynujące chłopaka w dzieciństwie opowieści dziadka nie tak do końca były zmyślone?
 Nie wiem co mogłabym napisać o tej książce tak, żeby nie zdradzić zbyt wielu szczegółów, skupię się więc na takich rzeczach jak postaci, czy sam styl autora.
Jeśli chodzi o postaci jestem bardzo usatysfakcjonowana, chociaż osobiście uważam, że autor mógłby więcej poświęcić owym osobliwym dzieciom. Niemniej jednak postacie uważam za bardzo dobrze wykreowane, mnie osobiście bardzo przypadły do gustu i właściwie nie byłoby postaci, która by mi się nie spodobała. Jednocześnie wszystkie postaci się uzupełniają i bardzo pasują do charakteru książki. 
 Pan Riggs pisze bardzo lekko, książkę czyta się szybko. Jednocześnie autor poprawnie buduje napięcie, chociaż moim zdaniem akcja książki zbyt długo się rozkręca, to jednak w ogólnym rozrachunku jestem bardzo zadowolona z końcowego efektu. 
 Właściwie nie potrafię określić co tak naprawdę oczarowało mnie w tej książce, to jednak uważam ją za jedną z lepszych książek jakie zdarzyło mi się czytać. Być może dlatego, że trochę utożsamiam się z głównym bohaterem(?) a może po prostu chodzi o ten magiczny klimat jaki daje nam w swojej powieści Ransom Riggs, ale książka dla mnie jest po prostu niesamowita i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko ją polecić.

środa, 31 grudnia 2014

Rok razem. 1 urodziny bloga. Happy New Year i małe podsumowanie.



Nie mam pojęcia od czego powinnam zacząć. Ten rok nie był dla mnie zbyt dobry, właściwie był słaby, pod wieloma względami. Bywały dni ciężkie, ale bywały też te dobre. W tych momentach, w których miałam ochotę zamknąć się przed całym światem towarzyszyły mi oczywiście książki. Nie przeczytałam ich wprawdzie zbyt wiele, bo przechodziłam w tym roku miały czytelniczy kryzys, ale książki zawsze były ze mną w tych chwilach, w których ludzie zawiedli. 
 Dokładnie rok temu pomyślałam sobie "Co by było gdybym pisała o tym co czytam i oglądam?!" i tak oto w krótkiej chwili powstał blog, który też był dla mnie w pewnych chwilach dobrym pocieszeniem i w tym miejscu chciałabym bardzo podziękować tym, którzy śledzili moje poczynania na tym blogu, a to aż 51 osób, które przeżyło starcie z moimi wypocinami :D Bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa i za to, że jesteście i mam wielką nadzieję, że nadal będziecie, bo chociaż nie jestem ostatnio zbyt aktywna to pamiętam o blogu i staram się jak tylko mogę znaleźć czas na jego prowadzenie. A teraz dosyć biadolenia i użalania się nad sobą, bo w końcu jest Sylwester. Ja spędzam go w domu, ale Wam życzę udanej zabawy Sylwestrowej i oczywiście wszystkiego dobrego w nadchodzącym roku 2015, aby był lepszy niż ten i owocował samymi sukcesami i pięknymi chwilami. Ja już się z Wami żegnam, zatem do zobaczenia w Nowym Roku, mam nadzieję, że będą to częstsze spotkania. Niebawem planuję zrobić również jakiś niewielki konkurs, więc bądźcie gotowi. Pozdrawiam serdecznie (:

wtorek, 23 grudnia 2014

John Green, 19 razy Katherine

Wszechświat nie spiskuje po to, by zaprowadzić człowieka w jakieś konkretne miejsce.

Na dzień dobry padam na twarz i błagam o wybaczenie, że tak długo nic nie pisałam, ale miałam tak dużo spraw na głowie, że nie miałam czasu na czytanie, a już tym bardziej na pisanie. Dzisiaj jednak, w Wigilię Wigilii Bożego Narodzenia przychodzę do Was z nową recenzją i to recenzją nie byle jaką, bo z recenzją książki Johna Greena, którego książki trafiają do mnie choć nie jestem fanką reprezentowanego przez tego Pana gatunku. 
Nim jednak przejdę do samej książki chciałabym wszystkim Wam życzyć: ciepłych, radosnych, rodzinnych świąt pełnych miłych wspomnień, książek i pysznego jedzenia. Niech uśmiech zawsze gości na Waszych twarzach, a przynajmniej wtedy, gdy jest to możliwe. No i oczywiście spełnienia wszystkich Waszych planów, a może także marzeń. Pozdrawiam serdecznie.
A teraz: do rzeczy.
Colin to trochę dziwny gość. Podobają mu się tylko dziewczyny o imieniu Katherine...i otóż tak się dziwnie złożyło, że owe Katherine zawsze go rzucają. W skrócie: Colin ma za sobą 19 związków (to o całe 19 więcej niż ja, co wprawia mnie w lekką konsternację). Ostatni związek tak go załamał, że Colin decyduje się na wyruszenie w podróż ze swoim przyjacielem Hassanem.


Ja wiedziałam, że to jest książka Greena (bo tak mi napisali na okładce, więc uwierzyłam) i, że mogę się po niej dużo spodziewać, ponieważ mam już doświadczenie z autorem i wiem, że jego książki są warte uwagi. Nie pomyliłam się głodując przez tydzień, aby kupić tę właśnie książkę.

O książkach Greena nie mogę pisać dużo, bo są po prostu dobre. O losach Colina i Hassana czyta się lekko i przyjemnie. Zabawne dialogi i narracja, co jest dużym plusem dla tego typu książek.
Ciekawe postaci, wykreowane w bardzo dobry sposób, jak na Greena przystało, te postaci po prostu się lubi.
Książka w bardzo przystępny sposób i odpowiednią dozą humoru pokazuje nam sprawę dorastania. Odkrywania siebie, odnajdywania siebie i o tym co sprawia, że stajemy się 'pełni'. Jak zwykle jestem usatysfakcjonowana tym co napisał dla nas John Green, a książkę oczywiście serdecznie wszystkim polecam.








 

niedziela, 9 listopada 2014

MOVIEWORLD: Čarlston za Ognjenku (2008) Łzy na sprzedaż



Metafora tak wielka, że nie wiesz, czy w ogóle jest metaforą...

Miłość...
Pożądanie...
Samotność... Tak wielkie, że nie wiesz...

Serbia po Pierwszej Wojnie Światowej. Wszyscy mężczyźni (nie licząc staruszka Bisy) zginęli. Wymyśloną wioskę zamieszkują tylko kobiety. Głównymi bohaterkami są Mała Boginka i jej siostra Ognjenka, które chcąc 'zaznać miłości' przyprawiają biednego staruszka o zawał, co z kolei skutkuje złością kobiet w wiosce. Kobiety postanawiają wyruszyć w podróż, aby sprowadzić do wioski nowych mężczyzn.

Ten film, to kawał dobrego, europejskiego kina, jakże różnego od tego czym zazwyczaj zawalani jesteśmy idąc do kina. 

Baśniowy klimat, magia i miłość, a może brak miłości? Wiem, że nie jestem odpowiednią osobą do pisania o miłości, bo to jedna z tych rzeczy, o których mówić nie lubię, ale to nie jest kolejne filmidełko rodem z Hollywood(u) ze z góry przewidzianym biegiem wydarzeń, to film, który sprawił, że nawet ja zaczęłam się zastanawiać...
Do czego prowadzi brak miłości, ciepła, samotność i jak wielka może być ta samotność, jak bolesna. W sumie dość trudno ubrać mi w słowa to co chcę przekazać. Ten film cisnął mną o ziemie (mną i moimi zajeżdżającymi feminizmem poglądami), bo mimo całej tej bajkowej, magicznej oprawy jest tak do bólu dobry i prawdziwy, że jednokrotne obejrzenie to dla mnie za mało. 

 Jeśli tak jak ja lubicie się czasem trochę wysilić oglądając film, to ten zdecydowanie jest warty polecenia. Oglądając ten film poczułam, że mimo tego co mówię o miłości, czy kobietach nadal jestem kobietą...





poniedziałek, 6 października 2014

Prawie jak (nie)ludzie, Sally Green Half Bad

Rzeczy nie są dobre czy złe same w sobie.
Są takie, jakimi nam się wydają
William Shakespere, Hamlet

 Nie po raz pierwszy w ciągu ostatnich dni brakuje mi słów, zaczynam podejrzewać, że coś ze mną nie tak i pewnie po prostu zgłupiałam co jest przyczyną tej blokady.
Muszę przyznać, że nie wiedziałam czego mam się spodziewać po tej książce, właściwie w ciemno ją zakupiłam w przedsprzedaży, bo zazwyczaj podobają mi się książki polecane na amerykańskim/angielskim booktubie. Ta książka to coś innego, coś bardzo realnego i prawdziwego mimo, że opowiada o magii. Ja odbieram ją na swój własny, pokręcony sposób i choć nie wiem czy był to najlepszy wybór po poprzedniej: Obsydianie, który był dla mnie czymś bardzo osobistym (chociaż prawdopodobnie nie jestem kosmitą), to wiem, że to dobry wybór w ogóle (trochę zagmatwałam, przepraszam)
 Ja podczas czytania tej książki skupiałam się bardziej na tym w jaki sposób autorka pokazała bohaterów niż innych rzeczach, to książka dobra w kontekście behawioralnym pokazuje jak okrutnie potrafią być ludzie i jak bezsensowne potrafią być ich motywy. 

Współczesna Anglia. Obok ludzi żyją czarodzieje i czarodziejki - biali (dobrzy) oraz czarownicy i czarownice - czarni (źli). Natan to syn czarodziejki i czarownika. Matka nie żyje, a ojciec ścigany jest przez Radę Białej Magii. Natan jest tak zwanym półkodem. Więziony w klatce, bity i poniżany przez białych (dobrych!!) Natan musi uciec aby odnaleźć ojca i otrzymać od niego trzy dary, by mógł zostać pełnoprawnym magiem inaczej umrze. Nie może ufać nikomu. 

Sprawa bohaterów ogólnie jest dosyć ciekawa, bo choć ogólnie nie są to jakoś wyjątkowo niesamowicie dobrze zrobione postaci, to jednak łatwo (przynajmniej mnie było łatwo) poczuć się blisko nich. Nie mogę powiedzieć, że nikt mnie nie denerwował, bo to byłoby kłamstwo, denerwowali mnie wszyscy tak zwani biali, ci niby dobrzy, ale to jak sądzę był zamierzony efekt, bo takich okrutnych ludzi raczej się nie lubi (no chyba, że sam jesteś bestią?)
 Nie wiem czy celem autorki było naświetlenie okrucieństwa ludzi w formie powieści fantastycznej, ale mniej więcej tak to według mnie wyszło. Książka zdecydowanie może skłonić do przemyśleń, choć wcale nie musi.
 Sam pomysł był świetny, chociaż trochę trudno było mi sobie wyobrazić, że dzieje się to we współczesności. Jestem zadowolona z realizacji. Uważam książkę za poprawną, a momentami nawet bardzo dobrą. Niektórzy powiedzieliby coś w stylu "szału nie ma", ale myślę, że nie o szał tu chodziło, a przynajmniej taką mam nadzieję.

 Styl pisania autorki sprawił, że czułam się na prawdę blisko z Natanem (chociaż może nie tylko styl pani Green to sprawił...) Książkę czytało się szybko i no powiedzmy, że przyjemnie, chociaż trudno może być czytać z przyjemnością o takim traktowaniu innego człowieka z jakim w Half Bad się spotykamy. Książka raczej nie należy do tych typowo "łatwych", ale zdecydowanie jest dobra. Nie wiem co jeszcze mogłabym napisać, wiec po prostu rekomenduję książkę Sally Green, myślę, że warto po nią sięgnąć, a sprawą czytelnika będzie to jak ją odbierze.


 

sobota, 4 października 2014

Recenzja, której NIE MA: Obsydian, Jennifer L. Armentrout

Książki były konieczną ucieczką, którą zawsze podejmowałam z radością.

Są książki po których przeczytaniu mam ochotę zatrzymać je tylko dla siebie i z nikim się nimi nie dzielić. Taką książką jest dla mnie Obsydian. Długo myślałam, że napiszę recenzję, ale po prostu nie jestem w stanie, tak książka z niewiadomych nawet dla mnie samej powodów jest czymś tak osobistym i prywatnym, że nie dam rady tak po prostu o niej napisać, bo nie byłabym w stanie ubrać tego co chcę przekazać w słowa. Wiem, że liczyliście na moje niezwykle błyskotliwe komentarze (przepraszam za tę dozę ironii, ale książka jeszcze mnie trzyma i chyba jeszcze długo będzie) niestety tym razem recenzja się nie dokonała, przepraszam serdecznie.
Zastanawiacie się pewnie "Po co więc jest ten post?", otóż nie mogłam też tak po prostu nie wspomnieć w ogóle o tym, że z książką się zaznajomiłam, zwłaszcza, że dostałam od niej porządnego, emocjonalnego kopa, ocena jakby nie było musi zostać wystawiona, chociaż dla mnie książka nie mieści się w zwykłych ramach.
Chciałam również przeprosić za moje dość długie milczenie, ale nie miałam zbyt wiele czasu na sprawy pozaszkolne. Obiecuję, że się poprawię i będę Was niebawem znowu zamęczać moimi przemyśleniami i nie zawsze miłymi i kulturalnymi komentarzami.